Reklama

Przeżyć zatopienie U-boota. Jak wydostać się z głębin?

Brytyjczycy testują aparaty ratunkowe w bazie HMS Dolphin Gosport, 14 grudnia 1942 roku. Bardzo podobne ośrodki szkoleniowo-testowe mieli Niemcy /Royal Navy official photographer, Ware, C J (Lt) /domena publiczna

Zatonięcie okrętu podwodnego oznaczało dla załogi zwykle wyrok śmierci. Jednak pojawiło się w historii kilku szczęśliwców, którym udało się powrócić z głębin. Jak udało im się przeżyć?

"O 13.12 wybucha pierwsza bomba głębinowa, ale nie czyni żadnych szkód, jednak na okręcie daje się wyczuć nastrój załamania. Na podstawie danych z naszego aparatu nasłuchowego ustalamy, że ścigają nas trzy niszczyciele. I wtedy, o 13.25, nadchodzi koniec. Jesteśmy pokryci całą serią celnie rzuconych bomb. Okręt okropnie się trzęsie i zdaje się, że wszystkie instrumenty pokładowe przestają działać. Wydziela się chlor i wtedy kapitan rozkazuje, by szasować balasty. Ale kompresor jest rozwalony, baterie nie działają i chyba nie ma żadnej możliwości wynurzenia. Bardzo gorzki koniec. Wolno toniemy i wtedy nagle okręt zaczyna się obracać wokół własnej osi. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu u-boot się wynurza, kapitan otwiera kiosk i wydaje rozkaz: opuścić okręt".

Reklama

Ten fragment dziennika prowadzonego przez Alberta Krumbügela, nawigatora na U-110, daje namiastkę obrazu codziennej służby załóg niemieckich okrętów podwodnych podczas drugiej wojny światowej. Krumbügel miał szczęście - przeżył zatopienie jednostki dowodzonej przez Fritza-Juliusa Lempa. Sam kapitan, jak też czternastu innych członków załogi zakończyło tamtego majowego dnia 1941 roku swoje życie. A los Lempa i pozostałych czternastu nieszczęśników był - można powiedzieć - charakterystyczny dla gros podwodniaków kierowanej przez admirała Dönitza floty. Szacuje się bowiem, że w wyniku działań wojennych od 75 do 90 procent stanu osobowego załóg u-botów poniosło na nich śmierć, co w liczbach bezwzględnych daje liczbę od 25 do 40 tysięcy (w zależności od opracowań).

Chociaż pomiędzy marcem a majem 1941 roku Dönitz stracił kilku swoich asów takich jak Günther Prien, Otto Kretschmer, Joachim Schepke i w końcu Lemp, to jednak jeszcze w tym okresie hitlerowskie okręty podwodne skutecznie siały spustoszenie wśród atlantyckich konwojów. Okres ten zresztą podwodniacy niemieccy zwykli nazywać "pierwszym szczęśliwym okresem". Taktyka wilczych stad, której autorstwo przypisywał sobie sam Dönitz (co nie było zresztą prawdą) była nadal nader efektywna.

Niemniej, w najbliższych kilkunastu miesiącach szala miała zacząć przechylać się na stronę sprzymierzonych. Po udoskonaleniu taktyki zwalczania okrętów podwodnych i konwojowania frachtowców, szerszym wykorzystaniu lotnictwa, większym zaangażowaniu USA (po 11 grudnia 1941 roku na pełną skalę) przewadze technicznej urządzeń pozwalających na wykrycie łodzi podwodnych (radar centymetrowy, ASDIC, reflektor Leigha, czułe radionamierniki) i broni takich jak np. jeż - hedghog, straty w niemieckiej flocie podwodnej zaczęły gwałtownie rosnąć. Na marginesie można także nadmienić, że i sam U-110 walnie przyczynił się do uzyskania przez aliantów przewagi w tym zakresie.

Po ataku okręt Lempa nie zatonął bowiem od razu, a najprawdopodobniej błędna ocena jego stanu przez dowódcę spowodowała, że ten nie wydał rozkazu jego zatopienia (inne źródła mówią, że co prawda Lemp rozkaz wydał, ale ten z jakiejś przyczyny nie został wykonany. Sam kapitan miał zginąć wracając na u-boota, by go posłać na dno). Brytyjczycy przejęli w efekcie okręt a wraz z nim Enigmę oraz aktualne książki szyfrów. Wypadkowa tych czynników spowodowała, że kryptologom z Bletchley Park udało się złamać niemiecki szyfr a w kolejnych miesiącach liczba zatapianych niemieckich łodzi podwodnych stale rosła.

Pomimo tego dowództwo niemieckie ekspediowało u-booty w kolejne misje, podczas których coraz częściej i coraz łatwiej były znajdowane, atakowane i niszczone czy to przez alianckie lotnictwo, czy też okręty. Na dodatek wysyłania ich na kolejne niemal straceńcze patrole nie można było uzasadnić celami militarnymi - liczba zatapianego tonażu stale - co oczywiste w tych warunkach - spadała. W żaden sposób aktywność niemieckich łodzi podwodnych nie mogła zatem przeszkodzić działaniom aliantów na morzach. Pojedyncze zatopione jednostki - nie mogły tego obrazu zmienić i z biegiem czasu zyskiwały wymiar co najwyżej propagandowy.

Krumbügel - jak powiedziano wyżej - miał szczęście. Jego szanse na przeżycie niepomiernie wzrosły w momencie, kiedy okrętowi udało się wydostać na powierzchnię. W niemal beznadziejnej sytuacji byli jednak ci, których okręty tonęły bez szans wynurzenia. Czy mieli jakiekolwiek szanse na wydostanie się ze stalowej trumny uwięzionej na dnie morza? Trzeba przyznać, że były one niewielkie, biorąc np. pod uwagę to, co stało się z załogą "Kurska" ponad 60 lat później, na zupełnie innym etapie rozwoju broni podwodnej, ale także technik ratunkowych.

***Zobacz także***


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje