Reklama

Powstanie leskie. Bunt chłopów przeciwko władzy

Skład sędziowski pod przewodnictwem sędziego Zygmunta Kruszelnickiego skazał buntowników na śmierć /Polona /domena publiczna

W latach 20. i 30. XX wieku krwawe rozprawianie się z protestami robotniczymi i chłopskimi nie było niczym dziwnym. Czasem może dziwić jedynie skala. W powiecie leskim przeciwko władzom wystąpiło ponad 5 tysięcy chłopów. Głównie ukraińskich.

Reklama

Między bajki można włożyć opowieści o dostatniej i potężnej II Rzeczpospolitej. Budowa COP, portu w Gdyni, magistrali węglowej, a zwłaszcza odbudowa zniszczonej po pierwszej wojnie światowej infrastruktury, drenowały i tak ubogi budżet państwa.

Prawdziwy kryzys nadszedł po 1929 roku, kiedy świat ogarnęła recesja. Najgorsza sytuacja gospodarcza była na, i tak ubogich, wschodnich i południowych kresach Polski. Działacz chłopski Wincenty Witos pisał:

Reklama

"Wieś odżywia się coraz gorzej. Nawet zamożniejsi gospodarze nie używają cukru. Oszczędzają także na soli, która często stanowi jedyną już okrasę. Przecinanie zapałek na kilka części, krzesanie ognia z kamienia (...) stało się rzeczą codzienną i naturalną. (...) Grasująca w sposób niesłychany gruźlica zabiera niemiłosiernie mnogie ofiary, szczególnie spomiędzy młodszego pokolenia. Ludność chodzi bez obuwia, bez koniecznej bielizny, dodzierając reszty łachmanów, jakie jej z dawnych lepszych pozostały czasów. Szkoły pustoszeją, a nawet kościoły przerzedziły się w sposób widoczny. (...)

Ziemia ubożeje, bo wkładów nikt nie robi i na przyszłość o tym nie myśli. Używanie nawozów sztucznych spadło do minimum. Inwentarz martwy zniszczony. Uprawa ziemi cofa się gwałtownie. Cena ziemi spadła do jednej czwartej niedawnej wartości (...) Ziemia przestała być dla chłopa owym upragnionym nabytkiem, stała się natomiast koniecznym ciężarem, dla niektórych ruiną i nieszczęściem".

Wśród chłopów wzrastało niezadowolenie, a władze, zarówno lokalne, jak i centralne, nie miały żadnego pomysłu na poprawę ich losu. Niektórzy, jak hrabia Jan Potocki z Rymanowa, wymyślił ideę prac społecznych nazwaną "świętem pracy". O ile na beskidzkich ziemiach należących do Potockich pomysł społecznego budowania dróg, szkół i sal wiejskich został przyjęty przez Łemków z entuzjazmem, tak przeniesienie go w inne środowisko okazało się nietrafione.

Ukraiński opór

Starosta leski, Emil Wehrstein, postanowił przenieść doświadczenia Potockiego na grunt bieszczadzki. Zaprosił do Ustrzyk Dolnych hrabiego i instruktora inż. Stefana Ziębię, który miał chłopom przekazać wiedzę i nadzorować prowadzenie prac. Powołano Komitet Organizacyjny, w skład którego weszli miejscowi Polacy, Niemcy i Ukraińcy.

21 czerwca 1932 roku w Brzegach Dolnych odbyło się pierwsze zebranie. Gdy Zięba przedstawiał ideę pracy dla lokalnej społeczności dość szybko okazało się, że Ukraińcy to nie Łemkowie i idea wspólnej pracy dla ogółu jest im daleka.

Mykoła Werbenec, syn miejscowego greckokatolickiego proboszcza podniósł, że władze starają się przywrócić pańszczyznę i miejscowa unicka ludność nie ma zamiaru w tym uczestniczyć. Wybuchła awantura. Podczas szarpaniny poraniono Ziębę. Członkowie Komitetu Organizacyjnego uciekli, a chłopi, uzbrojeni w drągi, widły i motyki, ruszyli w pogoń. Doszło do regularnej burdy. Interweniowała policja. Aresztowano 39 osób.

Na wieść o rozruchach rozdzwoniły się cerkiewne dzwony w sąsiednich miejscowościach, wzywając chłopów do oporu przeciwko władzy. Takie zachowanie ukraińskich księży nie było nowością. Od lat prowadzili mniej lub bardziej jawną agitację nacjonalistyczną. Rząd dość nieudolnie starał się temu zapobiec. Skutki były jednak mierne.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje