Reklama

Pedofil czekał tuż za rogiem. Brutalne morderstwo dwunastolatki

Najgorsze było to, że oprawcą okazała się osoba z najbliższego kręgu dziewczynki... /123RF/PICSEL

Najmniej spodziewamy się zagrożenia ze strony krewny i przyjaciół, przez co łatwiej uśpić im naszą czujność. Dokładnie na takiej zasadzie wydarzyła się historia, która miała miejsce pod koniec ubiegłego wieku w Poznaniu. Nikt wówczas nie przypuszczał, do czego jest zdolny jeden z najbliższych.

Rok 1998, Poznań

W stolicy Wielkopolski w jednej ze starych kamienic mieszkało małżeństwo z trojgiem dzieci. Rodzice pracowali, a ich pociechy uczęszczały do szkoły, więc ich mieszkanie codziennie przez jakiś czas pozostawało puste.

Gdy pewnego dnia ojciec wrócił z pracy, jego oczom ukazał się niecodzienny widok. Drzwi wejściowe były otwarte, a w pokoju jego dwóch córek panował olbrzymi bałagan, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Dosłownie chwilę później na miejscu pojawiła się również matka, która znalazła w łazience zakrwawione ciało zawinięte w prześcieradło.

Reklama

Okazało się, że ich najmłodsze dziecko zostało zamordowane. Dwunastoletnia Ula jako ostatnia miała wyjść do szkoły, jednak tam się nie pojawiła. W kamienicy wkrótce zjawiła się policja, która zabezpieczyła ślady zbrodni.

Następnie przesłuchano wszystkie osoby przebywające w tym czasie w okolicy, jednak nikt niczego nie wiedział. Natomiast z zeznań bliskich wyszedł na jaw bardzo intrygujący fakt. Dziewczyna podobno chwaliła się, że ma starszego chłopaka.

Starszy chłopak

Tym partnerem okazał się 25-letni mąż chrzestnej nastolatki. Rodziny miały ze sobą bardzo dobre relacje i często się odwiedzały. Co więcej, chrzestna opowiedziała śledczym o przedziwnym zdarzeniu, które miało miejsce kilka miesięcy wcześniej.

Ula chciała się zobaczyć ze swoim przyszywanym wujkiem, lecz nie było go wówczas na miejscu. Zostawiła mu więc list, w którym napisała, że muszą sobie coś wyjaśnić, bo "ten pocałunek" nie daje jej spokoju.

Tomasz, bo tak nazywał się wspomniany mężczyzna, wyjaśnił żonie, że małolata konfabuluje, a pocałunek, o którym napisała, to zapewne ten, który dostała podczas składania życzeń imieninowych. O całym zajściu zapomniano.

Brak dowodów

Policja dowiedziała się również, że dniu zabójstwa Tomasz przyszedł do pracy tylko na chwilę, po czym zwolnił się, by załatwić pewną sprawę w sądzie. Zbiegiem okoliczności tam również nie zawitał, gdyż rzekomo podejrzewał, że żona go zdradza i obserwował z ukrycia swoje cztery ściany.

Dodatkowo mężczyzna mylił się w zeznaniach. Najpierw mówił, że z dziewczynką nie miał żadnej styczności, a gdy żona wyznała, że wyjątkowo często spędzał z nią czas, przyznał, że lubili słuchać razem muzyki. Te poszlaki były jednak niewystarczające, by udowodnić mu winę.

12 lat później

Dzięki skokowi technologicznemu w dziedzinie genetyki udało się po kilkunastu latach wyizolować DNA z praktycznie niedostrzegalnej plamy krwi znajdującej się na swetrze mężczyzny. Okazało się, że jest ono w stu procentach zgodne z DNA zamordowanej nastolatki.

W tzw. międzyczasie do matki Uli zgłosiła się pewna kobieta z pytaniem o rozwiązanie sprawy. Bardzo się zdziwiła, słysząc o braku powodzenia, gdyż sama tego dnia widziała Tomasza T. chwilę przed zdarzeniem. Doskonale go zapamiętała, bo miał charakterystyczną fryzurę na czeskiego piłkarza.

Mężczyzna został w końcu aresztowany, a podczas przeszukiwania znaleziono u niego w mieszkaniu używaną dziecięcą bieliznę oraz wiele filmów i zdjęć o charakterze pedofilskim. Podejrzany dalej kłamał i wymyślał różne historie, lecz tym razem dowody były przytłaczające. Skazano go na dożywocie.

Więcej trzymających w napięciu spraw kryminalnych zobaczycie w serialu "Gliniarze" - od poniedziałku do piątku o 16:35 na antenie telewizji Polsat.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje