Reklama

Ogień rusznic pod Orszą

Wielka wiktoria z 1514 roku Polski i Litwy w wojnie z Moskwą nie doczekała się złotej legendy.

W 1506 roku Zygmunt I Jagiellon objął dziedziczny tron litewski i został królem Polski. Długo czekał na koronę i tylko przedwczesnej śmierci swych braci (byli ofiarami ówczesnej plagi możnych - syfilisa) zawdzięczał wybór na monarchę. Gdy przejął władzę, gospodarka i finanse polskie znajdowały się w rozpaczliwym stanie. Do tego dochodziły jeszcze problemy zagraniczne. Potomkowie Jagiełły panowali nad Polską, Litwą, Czechami, wielkimi Węgrami sięgającymi Dalmacji i Belgradu. Była to jedna z najpotężniejszych dynastii. Nic dziwnego, że ich interesy starły się z dążeniami austriackich Habsburgów, roszczących sobie pretensje do władzy już nie nad połową Europy, ale nad całym kontynentem. Na dodatek na skroniach Maksymiliana I spoczywała korona cesarska.

Reklama

Roszczenia wielkich kniaziów

Habsburgowie mieli potężny atut w ręku w relacjach z Jagiellonami: sojusz z Moskwą i zakonem krzyżackim. Zygmunt zawarł natomiast przymierze antymoskiewskie z Chanatem Krymskim i prowadził umiejętną politykę wobec zaborczego imperium tureckiego. Tatarzy byli jednak nader zawodnym sojusznikiem, a pokój z sułtanem niepewny. Tymczasem cesarz, konsekwentnie oskrzydlając Rzeczpospolitą, wysłał do Moskwy Jerzego Schnitzenbaumera, który w marcu 1514 roku wręczył Wasylowi III projekt traktatu gwarantującego "przyjaźń i wieczny związek [...] z naszym bratem, wielkim panem Wasylem, z Bożej łaski cesarzem i władcą całej Rusi".

Po raz pierwszy w dziejach cesarz niemiecki nazwał władcę Moskwy cesarzem, co sprzyjało roszczeniom wielkich kniaziów wobec ruskich ziem Rzeczypospolitej.

Jednocześnie cesarz Maksymilian I montował ogromną koalicję Habsburgów, Moskwy, zakonów krzyżackiego i inflanckiego, króla duńskiego, książąt domu brandenburskiego, saskiego i hospodara mołdawskiego. Miała ona 23 kwietnia 1515 roku uderzyć na Polskę i Litwę ze wszystkich stron. Na wieść o planach rozbioru Polski i Litwy Zygmunt pisał do papieża: "Już przepisali podział, co komu przypaść powinno z państw naszych".

Bronić twierdzy "aż do gardła swego"

Najgroźniejszy dla państwa polsko-litewskiego stał się sojusz moskiewsko-habsburski. Już w lipcu 1514 roku pierwsza armia moskiewska dotarła pod Smoleńsk. Plan Wasyla III i Michała Glińskiego przewidywał odbicie "wrót Moskwy i Wilna", czyli Smoleńska, a także Połocka, Kijowa i Witebska. Szczęśliwie tym razem sejm litewski nie powierzył obrony służbie ziemskiej (pospolitemu ruszeniu), czyli wojsku marnej jakości.

W lutym 1514 roku za podatki wystawiono ośmiotysięczną armię zaciężną dowodzoną przez starostę trembowelskiego Janusza Świerczowskiego. W Smoleńsku załogą kierował zaś wojewoda Jurij Sołłohub, który uroczyście przysiągł królowi polskiemu bronić twierdzy "aż do gardła swego".

Trzy armie na Smoleńsk

Armia Glińskiego otoczyła Smoleńsk. Była jednak za słaba, by zdobyć potężną twierdzę. Nie pomagały fortele wojenne, takie jak wypuszczenie na Smoleńsk 400 kotów i gołębi, do których przymocowano płonące podpałki. Gdy zwierzęta docierały do miasta, wzniecały pożary. Szybko je jednak gaszono. Na pomoc Glińskiemu poszła więc druga armia kniazia Szczeni Oboleńskiego. Pod koniec czerwca 1514 roku pętla zacieśniła się jeszcze bardziej, gdy pod Smoleńsk dotarł sam wielki książę Wasyl III z trzecią armią.

Nie spodziewano się tego, gdyż dotąd trzy armie działały na oddzielnych obszarach. "Podobno do tego oblężenia Wasyl użył ponad trzystu dział oblężniczych, zwanych pospolicie bombardami" - pisał sekretarz królewski Jost Decjusz. Miasto otaczały potężne szańce wzniesione "z ziemi, kamieni i kłód dębowych", tak że "nie imały się ich żadne pociski". Potężna artyleria, zaciężni Niemcy czy Włosi, "niepomni swej wiary" i komu służą, nie zdołali z marszu włamać się w obronę pomimo huraganowego ognia.

Król był więc przekonany, że potężna twierdza jest nie do zdobycia, tym bardziej że on sam szykował odsiecz. Tymczasem 31 lipca 1514 roku nieoczekiwanie Sołłohub poddał twierdzę, a mieszkańcy Smoleńska złożyli przed Wasylem III wiernopoddańczą przysięgę. Bali się rzezi. To był szok dla króla i jego rady przebywających od 26 lipca pod Mińskiem.

Wielki łup

Trudno jednak orzec, kto bardziej przyczynił do nieoczekiwanej kapitulacji. Pewne jest, że armia moskiewska wsparta przez zawodowych żołnierzy i artylerię sprowadzoną z Zachodu tym razem budziła respekt i trwogę. Wiemy też, że wewnątrz twierdzy narastało niezadowolenie. Sołłohub znalazł się pod presją starszyzny wojskowej i miejskiej, skłaniającej się do kapitulacji.

Niewykluczone, że niektórzy z tej "panów rady" zostali przekupieni. 31 lipca 1514 roku do twierdzy triumfalnie wjechał Wasyl III, witany uroczyście przez biskupa prawosławnego Warsonofija. Wielki kniaź, jak na zwycięskiego władcę przystało, "po nabożeństwie ograbił zamek ze wszystkiego, jakie było, złota, srebra, pereł, drogich kamieni i innych kosztowności", opisywał Decjusz. "Do Moskwy wysłał wielki łup".

Ścięcie Sołłohuba

Sołłohub chyba nie zdradził króla. Pojawił się na terenach Litwy, koło Orszy, skąd doprowadzono go przed monarchę. Trybunał uznał go jednak za zdrajcę i według "Utjużskiego zwodu letopisarskiego" z początku XVI wieku "został tam winny zdrady i ścięty w 1514 roku z polecenia Zygmunta I". Do tej pory pozostaje jednak zagadką, czy Sołłohub stał się kozłem ofiarnym, którego kaźń miała zamaskować opieszałość króla w organizowaniu odsieczy, czy raczej dowiedziano się czegoś od mieszkańców Smoleńska o niecnych poczynaniach komendanta.

Nastroje w utraconym Smoleńsku szybko się zresztą zmieniły: po zasmakowaniu rządów braci Szujskich biskup Warsonofij wysłał do króla Zygmunta swego "bratanka Waśka Chodyjna z zapewnieniem, że mieszkańcy ułatwią mu odzyskanie twierdzy". Być może rozczarowanie mieszkańców Smoleńska wiązało się z mianowaniem braci Szujskich nowymi komendantami twierdzy. Przewidywany na to stanowisko kniaź Michał Gliński był dla Wasyla III zbyt niebezpieczny, by go nominować.

Ochrona Wilna

Po poddaniu się Smoleńska sytuacja państwa polsko-litewskiego stała się jeszcze trudniejsza. Ze wszystkich stron groziła Rzeczypospolitej wojna. Zygmunt prosił w związku z tym brata, króla Węgier Władysława II Jagiellona, "by zechciał wezwać jego cesarski Majestat, by wyzbył się wrogiego stosunku do nas". Jednocześnie od 16 sierpnia 1514 roku król spod Mińska zaczął przesuwać się ze swą armią w kierunku Borysowa, do którego dotarł 23 sierpnia. Miał już wtedy pod swoją komendą około 30 tysięcy żołnierzy. Faktyczne dowodzenie sprawował jednak hetman wielki litewski Konstanty Ostrogski, który ruszył na Berezynę i Druć w szyku ubezpieczonym, pozostawiając za sobą Zygmunta z blisko 4 tysiącami żołnierzy. Chodziło o to, by na wypadek klęski król mógł wycofać się pod osłoną tych oddziałów, żeby chronić Wilno.

Niemniej jednak Ostrogski miał przed sobą aż trzy dobrze uzbrojone armie moskiewskie. Hetman bez obaw szedł dalej na Dniepr, spychał rosyjskie oddziały osłonowe i wytrwale kierował się w stronę węzła orszańskiego. Armia Wasyla III stanęła również u przeprawy przez Dniepr pod Orszą, która była w polskich rękach. Niemal wszystkie nasze źródła podają, że liczyła ona 80 tysięcy Rusów. Jednakże według rosyjskich historyków oznaczałoby to kres mobilizacyjnych możliwości Moskwy. Najprawdopodobniej Wasyl III miał około 60-tysięczną armię (dwa razy liczniejszą od polsko-litewskiej).

Mosty na beczkach

7 września 1514 roku Ostrogski dotarł pod Orszę. Dobrze znał to miejsce, gdyż dwukrotnie walczył tu z Rusami. Skłonny do ryzyka hetman zdecydował się tym razem na trudny, acz zaskakujący manewr. Nocą z 7 na 8 września 30 tysięcy polskiego i litewskiego wojska przeprawiło się po dwóch mostach zbudowanych na pływających beczkach. Ta konstrukcja pomysłu Jana Baszty z Żywca była wynalazkiem zaiste genialnym, choć od dawna stosowanym. Dzięki temu do 9 rano 8 września jazda, piechota oraz artyleria polska i litewska znalazły się w wąwozie po drugiej stronie Dniepru, naprzeciw sił moskiewskich.

O ile Ostrogski działał sprawnie i planowo, o tyle wódz moskiewski, koniuszy hosudara Iwan Czeladnin, dowodził fatalnie. Zaatakowanie i zniszczenie nieprzyjaciela w trakcie przepraw było i jest kanonem sztuki wojennej, ale Czeladnin nie skorzystał z tego. Podobno orzekł, że poczeka na całość armii polsko-litewskiej, aby zepchnąć ją do rzeki i wyniszczyć do cna. W rezultacie już o świcie 8 września hetmani ustawiali szyki "starego urządzenia polskiego" na drugim brzegu Dniepru.

Z przodu stanęły dwa hufce czelne: litewski hetmana Konstantego Ostrogskiego i polski hetmana nadwornego Wojciecha Sampolińskiego. Dalej piechota zaciężna, a za nią dwa hufce walne: polski Janusza Świerczowskiego i litewski Jerzego "Herkulesa" Radziwiłła. Na prawym skrzydle, w lesie, dowodzący hetman Ostrogski ukrył piechotę i artylerię. Na zachowanym obrazie bitwy pod Orszą - bezcennym źródle historycznym - hetman wielki litewski, dostojny, z odkrytą głową, bez hełmu, z senatorską brodą, dowodzi na polu bitwy i wskazuje miejsce zasadzki pod lasem.

Wbrew zasadom sztuki wojennej

Tymczasem Czeladnin niebezpiecznie rozciągnął na 5 kilometrów szyki swej armii, składającej się jedynie z jazdy (nie była to zatem łatwa do pokonania piechota chłopska). Nie rozpoznał też terenu, co drogo go kosztowało. Harce przed bitwą trwały długo i dopiero koło południa Czeladnin rzucił na lewe skrzydło Ostrogskiego Pułk Prawej Ręki, usiłując oskrzydlić Litwinów.

Wtedy polski huf Sampolińskiego wykonał zaskakujący, wbrew zasadom sztuki wojennej, rajd przed frontem hufu litewskiego czelnego. Uderzył w bok nacierających Rosjan. Manewr ten przypominał manewr Aleksandra Wielkiego pod Gaugamelą, choć zmiana frontu, oznaczająca odsłonięcie boku szarżujących chorągwi, zawsze wiązała się z ogromnym ryzykiem.

Sampoliński zdołał wbić się w skrzydło nieprzyjaciela. Wywiązała się zaciekła walka: raz ustępowali Rosjanie, raz Polacy. Sytuacja zmieniała się do chwili, gdy polska artyleria otworzyła ogień z rusznic piechoty oraz gdy uderzył polski huf wanly Świerczowskiego. Wtedy Pułk Prawej Ręki załamał się i rzucił do ucieczki.

Niemal jednocześnie zawrzało na prawym skrzydle polskim. W pewnym momencie Polacy rzucili się do pozorowanej ucieczki. Czeladnin dał się nabrać na tę tatarską sztuczkę i przekonany o zwycięstwie rzucił na dobicie wroga Wielki Pułk w centrum. W tym czasie Pułk Lewej Ręki goniący Polaków dostał się pod silny ogień piechoty i artylerii ustawionej przez Ostrogskiego w lesie. Rosjanie zawrócili i wpadli na szarżujący własny Wielki Pułk. Jednocześnie hetman Ostrogski uderzył w jego bok, pozostawiając Sampolińskiemu rozgromienie prawego pułku.

Klęska Rusów

Moskiewski wódz usiłował jeszcze wyjść z opresji i rzucił do walki odwody, czyli Pułk Straży Tylnej. Został on jednak odparty przez litewski huf walny "Herkulesa" Radziwiłła, który nie brał do tej pory udziału w walce. Pobici na całej linii Rosjanie rzucili się do ucieczki. Czeladnin wraz z obozem, 10 wojewodami, 17 dowódcami i 5 tysiącami żołnierzy dostał się do niewoli. Znaczna część uciekających utonęła w błotach na brzegach Dniepru i Kropiwnej. Pozostali zatrzymali się dopiero w Smoleńsku, niedawno zdobytym przez Moskwę. Wasyl III, dowiedziawszy się o pogromie, już dwa dni później pośpiesznie zaczął wycofywać się do Moskwy.

Spalił za sobą Dorohobuż. Inne zamki, Dubrowna i Mścisław, poddawały się Polakom bez walki. Polska i litewska jazda, świetnie dowodzona, pokazała niezwykłe umiejętności. Znakomicie współpracowały rodzaje wojsk. Szarże rosyjskie załamywały się w ogniu rusznic piechoty i artylerii, umiejętnie odsłanianej przez manewry jazdy.

Niestety, na odbicie Smoleńska nie wystarczyło już ani sił, ani zapału. Gdy po czterech tygodniach Ostrogski nadciągnął pod wały z 16 tysiącami "wozów picownych", wojsko polskie i litewskie zobaczyło tam wystawione przez Wasyla Szujskiego trupy mieszkańców Smoleńska, którzy chcieli powrotu do Rzeczypospolitej. Ponieważ jednak Ostrogski "strzelby nie miał [...], z wielką korzyścią i sławą nazad się do Wilna wrócił".

Bez złotej legendy

Jak się wydaje, nie tylko brak artylerii, ale i inny powód zdecydował o odstąpieniu spod Smoleńska. Było nim sowite obłowienie się łupami przez rycerstwo i czeladź. Nic dziwnego, że wszyscy pragnęli wrócić do domu. Podobno samych koni rozdano żołnierzom 20 tysięcy. Przejęto też wozy pełne srebrnych "dienieg", bechtery, złota i "kosmatych futer".

Król na wieść o wielkim zwycięstwie pojawił się w Wilnie 27 września i tamże przygotował wielki wjazd triumfalny hetmanowi Ostrogskiemu i jego żołnierzom. We wszystkich kościołach zarządzono modły dziękczynne. Z obozu spod Borysowa Zygmunt wysłał do Rzymu do papieża Leona X 14 jeńców szlacheckich Moskwy z triumfalnym listem o wiktorii, a najznaczniejszych ujętych bojarów rozesłał do zamków swego państwa, licząc na wykup przez hosudara.

Chociaż papież nawet zarządził modły dziękczynne w Rzymie "z racji zwycięstwa odniesionego przez Zygmunta", dziwnym trafem jedna z największych wiktorii polskich i litewskich nie doczekała się złotej legendy. Może dlatego, że nie została wykorzystana politycznie i militarnie: wszak Smoleńsk pozostał w rękach Moskwy. Jednakże wieść o zwycięstwie miała ogromną wagę polityczną - cesarz Maksymilian musiał zaprzestać tworzenia koalicji mającej rozebrać Rzeczpospolitą. Niecały rok później, w lipcu 1515, doszło do spotkania w Wiedniu Jagiellonów z cesarzem i do zawarcia pokoju. Nie byłoby to zapewne możliwe, gdyby nie druzgocące zwycięstwo nad Dnieprem.

Jerzy Besala

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: legendy | płomień | król | Polska | cesarz | Rosja | Wilno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje