Reklama

Nerwica frontowa. Początki badań nad stresem pourazowym

Podczas I wojny światowej żołnierze dla kurażu przyjmowali duże ilości alkoholu, morfiny i kokainy /Imperial War Museum /domena publiczna

Tchórze i zdrajcy?

Trauma prowadziła wielu żołnierzy wręcz do prób samobójczych. Tymczasem dowództwo, z początku lekceważące szerzącą się chorobę, uważało ich... za symulantów i dekowników migających się od udziału w walce. W skrajnych przypadkach uznawano ich za tchórzy i zdrajców. Zdarzało się nawet, że rozstrzeliwano tych, którzy nie byli w stanie wrócić do okopów.

Reklama

Liczba chorych jednak nieustannie rosła. Pod koniec 1914 roku około 10 procent oficerów i 3-4 procent pozostałych żołnierzy armii brytyjskiej wykazywało znamiona szoku nerwowego. W 1917 roku była to już prawie jedna czwarta walczących, a w drugiej połowie 1918 r. - aż 80 tysięcy żołnierzy! Obserwując ich, lekarze wojskowi uznali w końcu, że to jednak nie symulanci, ale ludzie rzeczywiście dotknięci problemami psychicznymi. Potrzebujący pomocy.

Z medycznego punktu widzenia przełomowy był rok 1915. W brytyjskim czasopiśmie medycznym "Lancet" ukazał się wówczas artykuł psychiatry Charlesa Myersa. Po raz pierwszy użył on terminu "shell shock" (szok artyleryjski) w odniesieniu do żołnierzy, którzy wykazywali problemy psychiczne po silnym ostrzale artyleryjskim. Potem pojawiły się inne nazwy: "trench neurosis" (nerwica okopowa), "war neurosis" i "nervose de guerre" (nerwica wojenna), a nawet "hypnose de batailles" (hipnoza bitewna). Wyróżniono też "chorobę drutu kolczastego", przejawiającą się paraliżem przed wyjściem z okopów i atakowaniem przez druty kolczaste.

Doktor Myers zaczął przekonywać wojskowych, że żołnierze dotknięci nerwicą powinni być leczeni, a nie więzieni lub nawet rozstrzeliwani.  Nie od razu spotkał się ze zrozumieniem. W końcu jednak pod wpływem jego sugestii walczących z objawami choroby zaczęto ewakuować z pierwszej linii i kierować na kilkudniowy odpoczynek w pobliskich punktach medycznych.

Uleczeni po jednej sesji

Po takim "podleczeniu" tych lżej poszkodowanych chętnie odsyłano z powrotem na front.  Dopiero gdy stan chorych pozostawał bez zmian, wysyłano ich do jednego z czterech centrów psychiatrycznych. Najcięższe przypadki kierowano do Wielkiej Brytanii, gdzie w specjalistycznych szpitalach próbowano prowadzić bardziej złożoną terapię. Wyspiarska szkoła leczenia nerwicy frontowej przewidywała przede wszystkim indywidualną psychoterapię, obejmującą rozmowy z pacjentem, perswazję i sugestię. W przypadkach żołnierzy dotkniętych amnezją stosowano też hipnozę w celu przywrócenia wspomnień.

Pracę nad psychiką chorego uzupełniano terapią fizyczną, czyli (na szczęście łagodną) stymulacją elektryczną, kąpielami relaksacyjnymi i masażem. W rekonwalescencji ważne było też znalezienie pacjentowi odpowiedniego zajęcia, które mogłoby go zaabsorbować. Jeżeli mimo tych wysiłków żołnierz nie nadawał się do dalszej służby wojskowej, próbowano zdobyć dla niego odpowiednie zatrudnienie w cywilu.

Nowe pole badań przyciągało niestety także lekarzy o wątpliwych kwalifikacjach, takich jak neurolog, major Arthur Hurst. Twierdził on, że potrafi wyeliminować nerwicę podczas jednej sesji. By osiągnąć cel, wykorzystywał między innymi hipozę i faradyzację, czyli rażenie prądem o małej częstotliwości. Zalecał też pacjentom wypoczynek. Za najważniejsze uznawał natomiast stworzenie odpowiedniej atmosfery służącej zdrowieniu żołnierza. W praktyce polegało to na... wywieraniu na chorego przez cały zespół terapeutyczny silnej sugestii, że szybko wróci do zdrowia.

Niektóre metody Hursta można uznać za nowatorskie. Jako jeden z pierwszych filmował on na przykład żołnierzy cierpiących na zaburzenia ruchowe, zarówno na początku, jak i w trakcie terapii zajęciowej. Taśmy chciał wykorzystać później jako materiał poglądowy. Zapowiadało się dobrze, dopóki nie okazało się, że niektóre ujęcia ukazujące stan przed terapią zostały tak naprawdę odegrane na potrzeby filmu!

Nie tylko ten aspekt cudownego leczenia w wydaniu pomysłowego "specjalisty" budził zastrzeżenia. Major bowiem otwarcie przyznawał, że stosuje oszustwo jako środek terapeutyczny. Po prostu wmawiał chorym, że szybko zostaną wyleczeni...

***Zobacz także***

Ciekawostki Historyczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje