Reklama

Największy hulaka, amant i pierwszy ułan II Rzeczypospolitej

Jedenastego listopada przypada rocznica przekazania przez Radę Regencyjną władzy Józefowi Piłsudskiemu. Przy jego boku od 1915 r. stał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, legenda dwudziestolecia międzywojennego i jedna z najciekawszych postaci tego okresu.

Generał Wieniawa-Długoszowski zasłynął nie tylko ze swej ogromnej wiedzy militarnej i zdolności dyplomatycznych. Legendą za życia stał się nie przez wysokie stanowiska i ogólny posłuch wśród społeczeństwa, ale  głównie dzięki niebywałemu poczuciu humoru, hulaszczemu trybowi życia i licznym ekscesom, którymi żyła cała ówczesna Polska.

Reklama

Był celebrytą swoich czasów. Nie bez przyczyny nazywany pierwszym ułanem Rzeczypospolitej. Jego ułańska fantazja i miłość do kobiet były znane w całej Europie. Jedno z najsłynniejszych jego powiedzeń brzmiało: "Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń".

Zanim stał się ważną osobistością na warszawskich salonach, był ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych w szpitalu w Nowym Sączu, jednym z najważniejszych członków Polskiej Organizacji Wojskowej i attache wojskowym w Rumunii. Zasłynął przede wszystkim jako człowiek honorowy, który i pojedynku się nie boi, i słowa zawsze dotrzymuje.

Człowiek honoru

Słynna jest anegdota opisująca, jak podczas przyjęcia na świeżym powietrzu u zaprzyjaźnionych państwa Libiszowskich dziesięcioletni syn gospodarzy zadał Długoszowskiemu pytanie: "Czy to prawda, że wujek spełnia prośby dzieci?".

Po uzyskaniu  twierdzącej odpowiedzi malec zapytał, czy gdyby miał jakieś życzenie, to czy "wujek" by je spełnił. W odpowiedzi usłyszał: "Tak, powiedziałem przecież, że nie odmawiam dzieciom", na co chłopiec zażądał, aby "wujek" wszedł do stawu.

Wieniawa bez namysłu spełnił dziwną prośbę, ku wielkiej uciesze dzieci i zdziwieniu dorosłych. Po chwili, kiedy poprosił o zezwolenie na wyjście z wody, chłopiec przytaknął i patrząc na mokrego Wieniawę zapytał: “Dlaczego wujek to zrobił, ja przecież żartowałem?". Na co Wieniawa: "Dałem ci słowo, że spełnię twoje życzenie. Nie mogłem postąpić inaczej. Zapamiętaj na całe życie, jeśli dasz komuś słowo, że coś zrobisz, zrób to honorowo, choćby bardzo bolało".

Wieniawa-Długoszowski był znany z zamiłowania do pojedynków. Często też pełnił, zaszczytną wówczas, rolę sekundanta - i to nie tylko w Polsce, ale też za granicą. I mimo że pojedynki były surowo karane przez sądy wojskowe, to Wieniawie nigdy z tego powodu włos z głowy nie spadł, choć cała Warszawa wiedziała, że pojedynkuje się zawsze w ujeżdżalni 1 Pułku Szwoleżerów. Powód? Był ulubieńcem Marszałka.

W 1934 roku, gdy reprezentował Polskę na pogrzebie króla Jugosławii, Aleksandra, z "niejasnych przyczyn" spóźnił się na uroczystość. Choć inna wersja mówi, że jako jedyny delegat rządów europejskich przybył punktualnie. "Niejasnymi przyczynami" miało być przyjęcie, które wydał w polskiej ambasadzie ku pamięci króla, a na którym polskiej gościnności towarzyszyły najprzedniejsze alkohole.

Po powrocie do kraju dostał rozkaz zameldowania się u Marszałka, którego ponoć incydent ten doprowadził do wściekłości. Wieniawa stanął do raportu w smokingu, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Piłsudskiego. Gdy nie panując nad sobą ryknął w stronę stojącego na baczność Wieniawy: "Co to ma znaczyć?", ten najzwyczajniej w świecie odpowiedział: "Komendancie, melduję posłusznie, iż wiem, żem ciężko przewinił i powinienem dostać po pysku. A ponieważ bardzo szanuję swój mundur, przybyłem jako cywil. Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze!".

W ten sposób Wieniawie kolejny wybryk uszedł płazem. Potrafił rozbroić Piłsudskiego w każdej sytuacji.

"Generał, były pułkownik"

Wieniawa-Długoszowski bardzo dobrze czuł się w 1 Pułku Szwoleżerów. Był to zresztą ukochany pułk Marszałka. Dlatego po nominacji pułkownika na dowódcę 1. Pułku Szwoleżerów Piłsudski kazał mu opiekować się żołnierzami i dbać, żeby nie pili. "Rozkaz Komendancie! - odpowiedział Wieniawa. - Na pewno nie będą pić więcej ode mnie!". Piłsudski jedynie westchnął: "To mnie akurat nie uspokaja".

Na wojskowych salonach krążyła również opowieść o adiutancie Wieniawy, który także za kołnierz nie wylewał. Gdy Wieniawa obejmował dowództwo, wezwał go do siebie i powiedział: "Nie możemy obaj prowadzić jednocześnie takiego trybu życia! Rozumiesz? Jakby pułk wyglądał! Dlatego umawiamy się - jeden tydzień ja, jeden tydzień ty! I tak na zmianę!"...

Rotmistrz zgodził się, jednak po kilku miesiącach poprosił o zmianę przydziału. Argumentował to tym, że nie może doczekać się na swój tydzień wolnego od pół roku.

Uwielbienie Wieniawy dla pułku objawiło się zwłaszcza po awansie na generała, co też wiązało się z odebraniem dowództwa. Kazał wówczas sobie wydrukować wizytówki, na których widniał napis: "Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, były pułkownik".

Jego alkoholowe popisy były wszystkim znane i nikt nie odważył się stawać na tym polu przeciwko Wieniawie. Jedna z przedwojennych anegdot opowiada, jak do pułku ułanów trafił nowy oficer. Koledzy postawili przed nim w kantynie trzy kieliszki, kazali wypić i ułożyć hasło z pierwszych liter nazw wszystkich trunków. Oficer wypił i mówi: "Hasło brzmi SOS. Daliście mi starkę, okowitę i soplicę".

Koledzy pochwalili młodego podporucznika, po czym stwierdzili: "Trochę treningu, a będziesz jak generał Wieniawa-Długoszowski, który odgadł hasło NABUCHODONOZOR!".

Damy i bale

Inną sprawą było to, że z uwagi na specyficzne poczucie humoru brano generała za pijanego nawet wówczas, gdy był trzeźwy. Jak podaje P. Lisiewicz w "Tornistrze szwoleżera":

"Pewnego razu suczka państwa Długoszowskich odczuła potrzebę bliższego spotkania z odpowiadającym jej urodzeniu pieskiem. Generał znalazł odpowiedniego psa, włożył galowy mundur, zarzucił pelerynę, wziął suczkę pod pachę i pojechał pod ustalony adres. Drzwi otworzyła dystyngowana pani. Stwierdziła, że taka usługa kosztuje dwieście złotych.

- Dwieście złotych? - zapytał zdziwiony Wieniawa. - Tak, mój piesek jest w doskonałej formie, ponadto jest olimpijczykiem, ma dużo odznaczeń, medali i orderów - wyjaśniła kobieta.

Wieniawa uniósł prawą brew, wyprężył się, odsłonił pelerynę, z lewej strony pokazując swoje ordery. Przejechał po nich otwartą dłonią, demonstrując je od Virtuti po Legię Honorową, i stwierdził: - Proszę pani, grosza bym od Pani nie wziął!".

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje