Reklama

Most na rzece Kwai - historia zbrodni

Stał się symbolem japońskich zbrodni wojennych w czasie II wojny światowej i ikoną popkultury. Dziś most nad rzeką Kwai jest turystyczną atrakcją.

Dzieje budowy "kolei śmierci", łączącej Bangkok w Tajlandii z Rangunem w Birmie, zainspirowały francuskiego jeńca Pierre’a Boulle do napisania powieści "Most na rzece Kwai". Na jej podstawie David Lean w 1957 roku nakręcił film, który zdobył siedem Oskarów i stał się klasyką kina wojennego. Mało kto usłyszałby o budowniczych tego mostu i o śmierci tysięcy jeńców wziętych przez Japończyków do niewoli, gdyby nie ten obraz.

Siła komercji

Reklama

Dwie godziny drogi od Bangkoku leży Kanchanaburi, niewielka miejscowość w dżungli, obowiązkowy punkt na turystycznej mapie Tajlandii. Przed ponad 70 laty japońscy okupanci zorganizowali tu obóz przejściowy dla zmuszanych do pracy jeńców. Byli oni stąd przerzucani do obozów stworzonych wzdłuż budowanej linii kolejowej z Bangkoku do Rangunu. W mieście znajdował się także szpital jeniecki, w którym przebywało kilka tysięcy pacjentów.

Dziś Kanchanaburi to centrum "historycznego przemysłu" odwiedzane przez dziesiątki tysięcy turystów. Wszyscy zmierzają w stronę rzeki. Do mostu, który - jak przed laty - łączy brzegi rzeki. Patrzą i pytają: "Czy to ten sam most, który budowali jeńcy?". Wygląda zwyczajnie - betonowe podpory, metalowe przęsła. Po amerykańskim bombardowaniu z 1945 roku wymieniono dwa środkowe przęsła. Dziś jedne są bardziej owalne, drugie - kanciaste.

Wokół mostu stragany, gwar, słychać migawki aparatów. Ktoś w tłumie gwiżdże znaną z filmu melodię. Rzeką płyną turystyczne tratwy-restauracje i tratwy-hotele. Gdy dobiją do brzegu, ich goście szybko pobiegną na most, by po chwili udać się do licznych w tym miejscu sklepów z pamiątkami. W księdze, wyłożonej w usytuowanym obok muzeum ku czci budowniczych mostu, jakaś turystka z Holandii wpisała "Nice place" (miłe miejsce!). Czy wiedziała, że każdy podkład kolei tajlandzko-birmańskiej kosztował życie jednego człowieka?

Jeszcze kilkanaście lat temu przez most przejeżdżał pociąg. Kilka wagoników kursowało na krótkiej lokalnej linii, wożąc szukających historycznych wrażeń turystów. Teraz przeprawę opanowali piesi. Tłumy przemierzają tam i z powrotem. Chętnych na przejażdżkę fragmentem historycznej trasy autobusy wywożą kilkanaście kilometrów i zostawiają w szczerym polu. Grupy turystów czekają w upale, aż zza zakrętu wyjedzie pociąg. Zagwiżdże i zatrzyma się na stacji. W wagonach znajduje się sporo tajskich pasażerów. Głośny stukot kół o szyny przypomina, że tory pamiętają dawne czasy. Niedogodności podróży (drewniane siedzenia i brak klimatyzacji) rekompensują widoki, jakie pojawiają się za oknem. Gdy pociąg dojeżdża do rzeki, rozpościera się przepiękny krajobraz doliny. Bogata, soczyście zielona roślinność i malowniczy pejzaż. Stacja końcowa to Kanchanaburi.

Tortury w muzeum

W jakich warunkach żyli i pracowali alianccy jeńcy, można zobaczyć w położonym niedaleko mostu Muzeum Wojennym JEATH. Tajscy mnisi postanowili upamiętnić cierpienia budowniczych "kolei śmierci" i w 1977 roku na terenie kompleksu świątynnego Wat Chai Chumphon założyli muzeum. Nazwa JEATH powstała od pierwszych liter angielskich nazw sześciu krajów związanych z budową kolei: Japan, England, Australia/America, Thailand, Holland.

Ze zgromadzonych tu eksponatów aż bije cierpienie. Oglądamy obrazy, rysunki i zapiski wykonane przez jeńców. Z wiszących na ścianach fotografii straszą wychudzone postaci budowniczych mostu - jedni dźwigają kłody, inni ścinają drzewa. Najbardziej wstrząsającą częścią wystawy są jednak szkice i obrazy ukazujące tortury. Zauważyłam, że brakuje informacji o zatrudnionych przy budowie "kolei śmierci" Azjatach. Obok, w prostych bambusowych chatach, zgromadzono oryginalne wyposażenie obozu jenieckiego, a także menażki, walizki, sztućce. W gablotach złożono z kolei sporo broni i amunicji, w tym niewybuchy alianckich bomb.

Przed muzeum stoi lokomotywa parowa, która kursowała przez most, ale już po II wojnie światowej. Z tarasu na ostatnim piętrze muzeum rozciąga się panorama okolicy. Widać stamtąd także most, przyczynę cierpień i śmierci tysięcy alianckich jeńców.

Piekielny przejazd

Trasę kolejową przez dżunglę, o długości 415 km (263 km w Tajlandii i 152 km w Birmie), budowano od czerwca 1942 roku do października 1943 roku. Zaplanowano na niej około 300 wiaduktów, estakad i mostów. Jednym z nich był most na rzece Kwai o numerze 277 i długości 346 m. To właśnie on przeszedł do legendy, stał się symbolem "kolei śmierci" (w dużej mierze za sprawą filmu "Most na rzece Kwai"). Czy jednak konstrukcja tego jedynego żelaznego mostu była najtrudniejsza i kosztowała życie największej liczby jeńców? Tu zdania są podzielone.

Z Malajów, wysp obecnej Indonezji i innych części japońskiego imperium sprowadzono około 180 tys. robotników, w znacznej części przymusowych. Wspierało ich 60 tys. alianckich jeńców wojennych, wziętych do niewoli podczas walk w Azji i na Pacyfiku. Byli to głównie Brytyjczycy, Holendrzy, Australijczycy, Amerykanie. Karczowali dżunglę, przebijali tunele przez góry i wzgórza, budowali nasypy, kładli trakcje kolejowe i wznosili mosty.

Szczególnie ciężka była budowa torów przez przełęcz Hellfire Pass, znajdującą się około 80 km na północny zachód od Kanchanaburi. Odcinek ten został nazwany Piekielnym Przejazdem (lub Przejściem Ognia Piekielnego). Jeńcy wykuwali tunel w litej skale przez 18 godz. dziennie, za pomocą prymitywnych narzędzi. Pracowali także w nocy. Przy świetle pochodni wyglądali niczym w piekielnych czeluściach. Stąd wzięła się nazwa tego odcinka.

Stalowe elementy mostu na rzece Kwai sprowadzano z Jawy. Montowano je za pomocą bloków i lin. Tuż obok zbudowano tymczasowy most drewniany, po którym w 1943 roku przejechał pierwszy pociąg. Stalowa konstrukcja została ukończona trzy miesiące później. Oba dzieła japońskich konstruktorów zostały poważnie uszkodzone przez alianckie bombowce w 1944 i 1945 roku. Z drewnianego mostu zostały jedynie filary, a stalowy po wojnie naprawiono i służy do dziś.

Cicho na cmentarzu

W zalewanej deszczami dżungli jeńców wyniszczała malaria. Zmarłych grzebano na małych cmentarzach obozowych. "Chciałem odnaleźć obóz Spring Camp, w którym omal nie umarłem pięćdziesiąt siedem lat temu. Chciałem jeszcze raz zagłębić się w dżunglę, gdzie spoczywają szczątki mego przyjaciela George’a... Pochowałem go w pośpiechu, bezceremonialnie, szarpiąc i wpychając jego ręce i nogi do jutowego worka, który musiał spełnić rolę trumny", wspomina w książce "Powrót nad rzekę Kwai" Loet Velmans, Holender, który przeżył niewolę.

Ciała Amerykanów po wojnie zostały zabrane do kraju na wojskową nekropolię w Arlington. Blisko 7 tys. alianckich jeńców zmarłych przy budowie spoczęło na cmentarzu w centrum Kanchanaburi, którym opiekuje się Komisja Grobów Wojennych Wspólnoty Brytyjskiej. Tutaj nie ma już takich tłumów jak na moście. Chociaż to niemal centrum miasta, jest cicho.

Można w zadumie pospacerować wśród nieskazitelnie utrzymanych trawników, wokół których rozmieszczono w równych rzędach groby 6982 jeńców wojennych. Z nisko przystrzyżonej trawy wystają proste identyczne nagrobki. Na wielu kamiennych tablicach wyryto tylko słowa: "Człowiek, który oddał życie za swój kraj". Na innych widnieją nazwiska, daty i nazwy oddziałów, przy niektórych są brytyjskie chorągiewki. Większość spośród pochowanych tu żołnierzy zmarła przed ukończeniem 25. roku życia.

Azjatyccy robotnicy, którzy pracowali przy budowie "kolei śmierci" i których zginęło o wiele więcej niż jeńców alianckich, nie zostali w podobny sposób upamiętnieni.

Małgorzata Schwarzgruber

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje