Reklama

Ludzkie zoo: W klatkach i na wybiegu

Zadowolony dyrektor berlińskiego ogrodu zoo logicznego, Ludwig Heck, pozuje z nowymi „eksponatami” z Afryki /Getty Images

Reklama

W tym samym czasie organizowano ekspozycje w miejskich ogrodach zoologicznych. Ich pionierem był Karl Hagenbeck - niemiecki potentat cyrkowy i handlarz dzikimi zwierzętami, którego imię do dziś nosi zoo w Hamburgu. 

Jako jeden z pierwszych, w  latach 70. XIX wieku, postanowił on powiększyć swój "asortyment" o Lapończyków, Nubijczyków i Samoańczyków. Ekspozycje szybko wpisały się w  krajobraz wielu europejskich i  amerykańskich miast. Zaletą stałych wystaw była możliwość wybudowania całych wiosek, oczywiście według oryginalnego schematu. 

Nie wiadomo, kiedy widok egzotycznych ludzi na tyle spowszedniał, że spadło zainteresowanie pokazami. Aby podnieść frekwencję, zaczęto improwizować: prezentowano rytualne tańce i  obrzędy, organizowano rewie strojów plemiennych, demonstrowano gotowanie "autentycznych" potraw. Przeprowadzano nawet symulacje bitew! 

Kobiety rodziły w ogrodach dzieci, inne wydawano na scenie za mąż, byle przyciągnąć widzów. Stworzono wtedy pierwsze reality show: Lapończyków z północy Europy i Nubijczyków z Afryki wpuszczano do wspólnej klatki, gapie zaś mogli obserwować, jak reagują na swoje towarzystwo. 

Reklama

W takich czasach pojawił się na kartach historii Ota Benga. Warto o nim pamiętać nie tylko dlatego, że jego los ma symboliczny wymiar w kontekście tysięcy pojmanych i wystawianych na pokaz "eksponatów", ale również z prozaicznego powodu, iż jako jeden z nielicznych... znany jest z nazwiska. Większość ofiar ludzkich zoo pozostała bezimienna. 

Pochodzący z serca Afryki Benga trafił do Nowego Świata przez przypadek. Na Czarnym Lądzie odnalazł go podróżnik, Samuel Phillips Verner, pracujący na zlecenie Williama McGee, dyrektora Biura Amerykańskiej Etnologii w Instytucie Smithsona. Naukowiec otrzymał zadanie przygotowania antropologicznej części wystawy światowej w St. Louis, a że miał niepohamowany apetyt na sukces, zapowiedział, iż wybuduje w Ameryce największe i najwspanialsze ludzkie zoo. 

Zaczytywał się więc w książkach, szukając informacji o egzotycznych plemionach, po czym wysyłał w świat Vernera, który przywoził mu upragnionych "dzikusów". Kiedy McGee dowiedział się o  istnieniu Pigmejów w Afryce, natychmiast zapragnął mieć ich w swojej "kolekcji". 

Gdy w 1904 roku Verner dopłynął do Konga, dopisało mu szczęście. Ekspedycja natrafiła na grupę kanibali, którzy mieli u siebie kilku schwytanych Pigmejów - przeznaczonych na obiad. Autochtoni byli jednak skłonni do negocjacji i za parę zwojów drutu kolczastego oraz trochę soli odstąpili jeńców (według innej wersji Verner kupił ich na targu niewolników). 

Wśród nich znalazł się Ota Benga. Uświetnił on później wystawę w St. Louis. "Dzicy ludzie, którym przyjemność sprawia zabijanie i  torturowanie zwierząt. Rozkoszują się niegodziwością, pożerają 60 bananów dziennie i proszą o więcej" - donosił tekst na tabliczce opisującej Pigmejów. Niezwykle niscy czarno skórzy robili na zwiedzających duże wrażenie, zwłaszcza Ota o zębach spiłowanych tak, by wyglądały jak kły. 

Rok później "eksponaty" wywieziono z powrotem do Afryki, ale okazało się, że mężczyźni zostali odrzuceni przez współplemieńców. Zdesperowany Benga błagał Vernera, by zabrał go do USA, na co podróżnik w końcu przystał. I tak młody Pigmej trafił do ogrodu zoologicznego na nowojorskim  Bronxie, gdzie pokazywano go razem z oswojoną małpą.

Dalsze losy Ota Bengi nie były jednak spełnieniem amerykańskiego snu. Po pewnym czasie został wypuszczony, bo coraz więcej osób protestowało przeciwko jego zamknięciu. Właściciel postanowił pozbyć się niewygodnego "eksponatu" i  przepędził go na ulicę. Wszędzie, gdzie się pojawił, Pigmej wzbudzał ogromne zainteresowanie. Znaleźli się nawet ludzie, którzy chcieli mu pomóc: opłacili specjalne nakładki na zęby i zapewnili lokum w Wirginii. 

Niestety, po kilku latach Ota wpadł w głęboką depresję, którą dodatkowo pogorszyła wieść o  wybuchu I wojny światowej. Zrozumiał, że już nigdy nie wróci do domu. Pił na umór i palił jedno cygaro za drugim. W końcu nie wytrzymał - 20 marca 1916 roku strzelił sobie w głowę. Pochowano go w bezimiennym grobie. 

Dowiedz się więcej na temat: ludzkie zoo | Ota Benga | Ludwig Heck

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje