Likwidatorzy piekielnego niebezpieczeństwa

Dokładnie 24 lata temu, 26 kwietnia 1986 r. o godzinie 1.24, eksplodował reaktor nr 4 w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Na skutek wielu ludzkich błędów do atmosfery dostało się wtedy 10 razy więcej materiału radioaktywnego, niż to miało miejsce podczas ataku na Hiroszimę i Nagasaki. By zapanować nad atomowym pogorzeliskiem zaangażowano setki tysięcy ludzi...

Reaktor nr 4 czarnobylskiej elektrowni atomowej oddano do użytku w 1983 r. W chwili katastrofy był to najnowszy blok, budowanej od lat 70. XX w. elektrowni. Położona 110 km od Kijowa elektrownia miała się docelowo składać z sześciu reaktorów RBMK-1000 (ros. Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy) o mocy 1 GW każdy. Tym samym byłaby największym obiektem tego typu na świecie. W połowie lat 80. ubiegłego wieku trwała budowa 5. i 6. reaktora, a z pozostałych otrzymywano łącznie 10 proc. energii elektrycznej wytwarzanej na Ukrainie.

Reklama

Tajemnica reaktora nr 4

Najnowszy reaktor atomowy czarnobylskiej elektrowni zbudowano pospiesznie, byle jak, i z materiałów, które nigdy nie powinny zostać wykorzystane w konstrukcji takiego obiektu. Na ewidentne błędy w sztuce, takie chociażby jak wykorzystanie łatwopalnych materiałów do budowy kopuły reaktora, przymykali oczy tak inżynierowie, jak i kierownictwo Elektrowni im. W. Lenina. Ważniejsze niż bezpieczeństwo było bowiem wówczas przedterminowe oddanie bloku do eksploatacji. Z powodu naglącego czasu zrezygnowano również z przeprowadzenia wszystkich koniecznych testów systemów awaryjnych. Gdyby to zrobiono, odkryto by zapewne szalenie niebezpieczną wadę reaktora.

Każdy reaktor jądrowy część produkowanej przez siebie energii elektrycznej wykorzystuje do zasilenia systemów kontrolnych i chłodzących. W sytuacji awaryjnej, gdy spada moc reaktora, systemy te są zasilane energią z zewnątrz, najczęściej z agregatów prądotwórczych. Gdy budowano reaktor nr 4 w Czarnobylu, w trakcie jednego z testów okazało się, że tamtejsze prądnice uzyskują pełną moc dopiero po minucie od ich włączenia, natomiast turbiny po wyłączeniu reaktora są w stanie (siłą rozpędu) dostarczyć energii tylko na 15 sekund pracy tych istotnych systemów. To znaczy, że przez pozostałe 45 sekund reaktor nie był właściwie chłodzony. By rozwiązać ten problem postanowiono przerobić turbiny tak, by dostarczały napięcie na minimalnym poziomie przez minutę. Przed oddaniem reaktora do eksploatacji nie sprawdzono jednak doświadczalnie, czy rzeczywiście tak by się stało w sytuacji awaryjnej...

Test, który musiał skończy się tragicznie

Reaktory typu RBMK-1000, które zastosowano także w Czarnobylu, były niestabilne przy niskiej mocy. Działo się tak z powodu dodatniej reaktywności dla pary wodnej. Oznaczało to, że zwiększająca się ilość pary wodnej w reaktorze powodowała wzrost energii, co przekładało się na zwiększenie energii produkowanej przez reaktor. Ten olbrzymi wzrost mocy reaktora był niekontrolowany. Obsługa bloku nr 4 czarnobylskiej elektrowni atomowej nie była świadoma tego zagrożenia.

Z polecenia Radzieckiego Zarządu Energii Atomowej przystąpiono 25 kwietnia 1986 r. do testu, który miał dać odpowiedź, jak reaktor zachowa się w razie ewentualnego ataku sił NATO i hipotetycznej utraty mocy. Inżynierowie chcieli się dowiedzieć, jak długo, po odcięciu zasilania, turbiny będą się siłą rozpędu obracać jednocześnie zasilając systemy kontrolne i chłodzące. Z tego powodu reaktor odłączono od sieci energetycznej i wywołano sztucznie sytuację kryzysową. Odłączono również systemy automatycznie wyłączające reaktor w wypadku awarii. De facto przystąpiono zatem do przeprowadzenia testu bezpieczeństwa, który powinien się odbyć po przerobieniu turbin, a przed oddaniem reaktora do normalnej eksploatacji.

Zobacz galerię zdjęć z Czarnobyla!

Dowiedz się więcej na temat: niebezpieczeństwo | wycieczki | wody | temperatura | turbiny | skutek | katastrofy | reaktor

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje