Reklama

Kość to kość. Szkielet to szkielet. Nie można uruchamiać wyobraźni - mówią archeolodzy

Gdy nie ma grobu, nie ma miejsca pamięci. Na warszawskich Powązkach chodzi jednak nie tylko o odnalezienie szczątków, lecz także przywrócenie ofiarom nazwisk.

Justyna Sawicka nie uruchamia wyobraźni. Kość to kość. Szkielet to szkielet. Lepiej nie myśleć, że kilkadziesiąt lat temu to był człowiek. Nie zawsze jednak udaje się wyciszyć emocje. Justyna pochyla się nad wykopem i oczami archeologa patrzy na czarną ziemię. Zastanawia się, co jeszcze kryje. Trzeba jej wydzierać te tajemnice grudka po grudce.

Reklama

Pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych XX wieku pod osłoną nocy grzebano tu ciała więźniów rozstrzelanych lub powieszonych w owianym złą sławą więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. W książce "Śród żywych duchów" Małgorzaty Szejnert więźniowie, którzy ocaleli, wspominali turkot wozu wyjeżdżającego z więzienia i tupot końskich podków. Nie wiedzieli, dokąd jechał.

Przez lata kwatera "Ł" na warszawskich Powązkach, nazwana Łączką, była kwadratem ziemi 18 na 18 metrów położonym pod cmentarnym murem, na którym rosły wysokie chwasty. W latach pięćdziesiątych urządzono tu śmietnik, a dekadę później teren ten włączono do cmentarza komunalnego i wydzielono kwatery. Pojawiły się nowe groby. Niektórzy wspominali o tajnych pochówkach żołnierzy podziemia, ale najczęściej bano się mówić na ten temat. Prawda powoli jednak wychodziła na jaw. Na Łączce coraz częściej płonęły znicze, ludzie kładli kwiaty. Pojawiały się napisy o więźniach. Dopiero jednak w 2012 roku, gdy rozpoczęły się ekshumacje, z ziemi zaczęto wydobywać dowody zbrodni - szczątki zabitych, pochowanych w tym miejscu w latach 1948-1956 w bezimiennych grobach.

O tych szczątkach rozmawiam z Justyną. Zaciąga się papierosem i tłumaczy, że na wydobywanych z ziemi kościach widzi cierpienie. Patrzy, jak są ułożone, i wie, jakich obrażeń doznali więźniowie. Potrafi ocenić, z jakiej wysokości wrzucano ciała do dołów. Ręce skrzyżowane na plecach świadczą o tym, że ofiary były skrępowane.

Rodziny przynoszą stare fotografie. Na zdjęciu widać rosłego mężczyznę, a w jamie malutki szkielet. "Trudno zachować naukowy chłód, gdy patrzy się na splątane szczątki kilku ludzi", przyznaje Justyna. Nie lubi oglądać zdjęć. Woli nie wiedzieć, czyje kości wyjmuje z ziemi. Czasem znajduje także resztki ubrań, etui na okulary, grzebień z wyrytymi inicjałami, medalik. Gdy w jamie są szczątki kilku osób i trzeba odróżnić prawą rękę od lewej, wkracza antropolog. Justyna opowiada o trzech modrzewiach, które rosły na Łączce. Ich korzenie splotły się ze szkieletami. Nawet doświadczeni antropolodzy mieli problem, aby bezpiecznie je rozdzielić.

W 1991 roku na środku Łączki rodziny ofiar postawiły mur z wyrytymi na nim 240 nazwiskami działaczy podziemia, którzy zginęli w latach 1948-1955. Nie wiadomo jednak, czy tu znajdują się ich szczątki.

Wspólny pogrzeb

Ci, którzy przychodzą pod pomnik smoleński, zazwyczaj idą też dalej, na oddaloną o sto metrów Łączkę. Tam, przy cmentarnym murze, pracuje kilkanaście osób: archeolodzy, antropolodzy, genetycy, biolodzy, lekarze sądowi, wolontariusze. Pracami kieruje doktor Krzysztof Szwagrzyk, historyk z wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

Wiele miesięcy zajęły przygotowania do ekshumacji. W ustaleniu miejsc pochówków pomogły zdjęcia lotnicze Warszawy z lat 1951-1955 przechowywane w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Widać na nich rzędy grobów. Nałożenie na siebie fotografii lotniczych i współczesnych zdjęć satelitarnych pozwoliło zakreślić teren pochówków. Badania georadarem wykazały zakłócenia struktury ziemi nie tylko na Łączce, lecz także pod sąsiadującymi z nią alejkami.

Krzysztof Szwagrzyk zanotował: "31 lipca 2012 rok - rozpoczęcie ekshumacji. 6 sierpnia - w jamie grobowej numer 35 odkryto szczątki trzech mężczyzn. Następnego dnia liczba znalezionych wzrasta do sześciu. Oczekiwanie w napięciu na szczątki numer 7, w tym jedne z medalikiem w okolicach czaszki. 8 sierpnia - koniec eksploracji jamy grobowej usytuowanej tuż pod pomnikiem «Niewinnie straconym w Warszawie 1944-1956». Ostateczne podsumowanie: ośmiu mężczyzn uśmierconych metodą katyńską - strzałem w potylicę".

Archeolodzy kopali jawnie, wśród spojrzeń gromadzących się każdego dnia przy ogrodzeniu z siatki przechodniów. Najczęściej padało jedno pytanie: "Czy odnaleźliście już generała Nila i rotmistrza Pileckiego?".

- Najgorszy moment, jaki pamiętam? Pracowałam. Podszedł starszy pan i zapytał: "Pani Natalio, czy znajdzie pani mojego tatę?. Rozpłakałam się. On także - opowiada Natalia Szymczak, antropolog z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Pierwszy etap ekshumacji zakończył się w sierpniu 2012 roku. Odnaleziono szczątki 117 osób. Zanim Łączka opustoszała, odbył się pogrzeb. Z czarnej wilgotnej ziemi kości trafiły do małych sosnowych trumienek. Pożegnano je z honorami, przewieziono na cmentarz Północny w Warszawie. Do laboratorium na tej nekropolii trafiły także pobrane od rodzin próbki DNA.

Podczas drugiego etapu prac wiosną 2013 roku wydobyto szczątki 82 osób. Były najczęściej w dołach mieszczących od dwóch do sześciu skazańców. Większość z nich zginęła od strzału w potylicę z bliskiej odległości. Zanim Łączka ponownie opustoszała, znalezione kości uroczyście odprowadzono na cmentarz Północny.

Czas na analizy

Krzysztof Szwagrzyk chętnie opowiada o pracach na Łączce.

- Tych ludzi nie ma w żadnej cmentarnej ewidencji, przywożono ich i zrzucano do dołów. Przysypywano ziemią na półtora metra, aby ślad po nich zaginął. W jednym dole leżało zazwyczaj kilka ciał. Dwie trzecie zabitych zginęło od strzału w tył głowy. Ośmiu pochowano w mundurach Wehrmachtu. Badania genetyczne pokazały, że byli to współpracownicy majora Zapory. W dole odległym o trzy metry od ich miejsca pochówku leżały szczątki trzech mężczyzn, w tym pułkownika Stanisława Kasznicy, ostatniego komendanta głównego Narodowych Sił Zbrojnych. Zginął 12 maja 1948 roku, dwa tygodnie przed śmiercią rotmistrza Pileckiego. To pozwala zawęzić teren poszukiwań rotmistrza do obszaru 10 na 10 metrów. Teraz czas na analizy, bo chcemy przywrócić ofiarom nazwiska.

Po przeciwnej stronie Łączki stoi kilka namiotów i kontenerów. To baza logistyczna. Tu trafiają wydobyte szczątki, tu pobierane jest DNA od rodzin.

Patrzę na młode dziewczyny z maseczkami na twarzach, które oczyszczają z grudek wydobyte z ziemi kości, i zastanawiam się, co czuje człowiek, gdy trzyma w dłoni czaszkę. Ich narzędzia pracy to kilka różnej grubości pędzelków - służą do oczyszczania większych i mniejszych kości - oraz szczoteczki do zębów - te przydają się do szczęk. Praca nad jednym szkieletem trwa kilka godzin.

Układaniem szczątków i wstępnymi badaniami zajmują się naukowcy z Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie i we Wrocławiu. Każda kostka nie tylko zostaje oczyszczona, lecz także zmierzona i opisana.

Doktor Łukasz Szleszkowski z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu fotografuje szkielety.

- Tak powstaje protokół sądowo-lekarskich oględzin ekshumacyjnych szczątków ludzkich - wyjaśnia. Na stole leży czaszka. - Widać złamany nos i wgłębienie po uderzeniu - to ślady typowe dla pobicia - wyjaśnia doktor.

- Gdy więźniowi strzelano w tył głowy, kula rozsadzała czaszkę, więc wydobywamy tylko jej fragmenty - tłumaczy cierpliwie. Kiedy ogląda szczątki, zwraca uwagę na dwa rodzaje obrażeń: wygojone, takie jak wybite zęby, oraz egzekucyjne - ślady po kuli na potylicy. Opisy i zdjęcia potrzebne są do dokumentacji. Niestety, wiele szkieletów jest niekompletnych. To głównie te z masowych grobów. Lepiej zachowały się te z 1948 roku - leżały w piaskowej ziemi.

Każda czaszka ma swoją historię. Ta z trzema kulami pochodzi ze szczątków, w których znaleziono ślady po 11 pociskach. "To kaliber 7,62, pewnie pepesza", wyjaśnia doktor Szleszkowski. "Ofiara została rozstrzelana z broni maszynowej".

Ofiary i nazwiska

Ostatni etap badań to identyfikacja genetyczna odkopanych szkieletów.

- Pobraliśmy ponad 220 próbek DNA od rodzin ofiar - mówi doktor Andrzej Osowski, który kieruje pracami Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów. Niektórzy przynoszą listy, zdjęcia. Witold Mieszkowski, syn Stanisława, oficera Marynarki Wojennej, przyniósł także łyżkę obozową i zegarek, które zostały po ojcu.

Pod koniec 2012 roku IPN ogłosił, że zidentyfikowano tożsamość trzech pierwszych ofiar: porucznika Armii Krajowej okręgu wileńskiego Edmunda Bukowskiego, żołnierza AK i Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" Stanisława Łukasika, a także chemika Eugeniusza Smolińskiego, który służył w referacie materiałów wybuchowych w Komendzie Głównej Armii Krajowej.

W lutym 2013 roku podano kolejne cztery nazwiska: żołnierza AK i NSZ Stanisława Abramowskiego, żołnierza AK i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Bolesława Budelewskiego, kawalera orderu Virtuti Militari V klasy podpułkownika Stanisława Kasznicy oraz porucznika AK i Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" Tadeusza Pelaka.

Dalsze prace identyfikacyjne trwają.

Duch ojca

Ojciec towarzyszy Marii Leśnikowskiej przez całe życie, mimo że urodziła się po jego śmierci. Porucznik Tadeusz Leśnikowski został stracony 5 maja 1950 roku. Maria trafiła na Łączkę jako kilkuletnia dziewczynka, gdy matka szukała miejsca jego pochówku; chciała, aby mąż miał grób. Grabarz wskazał miejsce, gdzie chowano więźniów z 1950 roku - pod cmentarnym murem, na wysypisku śmieci.

- To było miejsce ze snu mamy - opowiada Maria Leśnikowska. - Przyśniła się jej trumna z ciałem ojca oparta o ścianę białej kaplicy. Taki budynek zobaczyła na Powązkach. Uznała, że to znak. Matka i córka postawiły tam krzyż, który stoi do dziś. - Czy w tym miejscu leży ojciec? - kobieta wciąż czeka na wyniki ekshumacji.

Ewa i Elżbieta, córki Eugeniusza Smolińskiego, straciły ojca, kiedy jedna miała prawie pięć lat, druga była o dwa lata młodsza. 19 marca 1949 roku widziały go po raz ostatni. W więziennym pokoju stały drewniane ławki, a strażnik niczym halabardnik stukał w podłogę, że to już koniec widzenia. Pięciolatka nie zapamiętała wyrazu twarzy ojca ani tego, o czym rozmawiali, ale przypomina sobie, że siedziały mu na kolanach, a on je przytulał. "Mama całe życie czekała na tatę, do końca nie wierzyła w jego śmierć. Przecież obiecał, że wróci", wspominają. "Wrócił" po 64 latach.

Oni czekają

Odwierty w alejkach sąsiadujących z Łączką oraz między pobliskimi grobami potwierdziły, że tam również są ludzkie szczątki. Nie można ich jednak wydobyć, bo znajdują się pod współczesnymi grobami. "Zastanawiamy się, jakich metod użyć, aby do nich dotrzeć", wyjaśnia Krzysztof Szwagrzyk. Dziś nie wyklucza żadnej, łącznie z górniczym podkopem.

Trzeci etap prac na Łączce ruszy wiosną 2014 roku. Justyna Sawicka patrzy na to miejsce. "Wrócimy tu w przyszłym roku. Przecież oni tam są. Czekają".

Małgorzata Barwicka

Polska Zbrojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje