Reklama

Kolumb: Nieudacznik na końcu świata

Czy Krzysztof Kolumb faktycznie był wielkim odkrywcą? /East News

Był arogancki, nie znosił sprzeciwu, mylił się w obliczeniach i nie potrafił zarządzać załogą - a mimo to uznaje się go za największego odkrywcę w dziejach. Krzysztof Kolumb z pewnością się wyróżniał, ale głównie ze względu na... ślepy upór.

Reklama

Pewnego dnia w ręce niepoprawnego marzyciela pływającego na statkach handlowych trafiła mapa. Jego fantazje wreszcie miały się urzeczywistnić! Od lat snuł wizje wielkich wypraw, bogactwa i wiecznej chwały. Mierzył wysoko. Niewiele myśląc, zabrał się do realizacji swoich planów. Niestety, "niewiele myśląc" do końca pozostało jego mottem...

Mapa do sławy

Krzysztof Kolumb od najmłodszych lat fascynował się oceanem. W roku 1476 trafił do Lizbony, gdzie zaczął pracę w banku. Pływał na statkach, a w wolnych chwilach studiował pisma antycznych uczonych. Na bieżąco śledził też rozwój badań nad geografią świata. Jeden ze znajomych podsunął mu pracę Paolo Tos canellego. Naukowiec twierdził, że można dotrzeć do Indii, kierując się na zachód. W tej sprawie korespondował nawet z królem Portugalii, Alfonsem V, próbując przekonać go do wysłania floty w nieznane. Bezskutecznie.

Władca odmówił, a sami Portugalczycy coraz intensywniej eksplorowali trasę do Azji wzdłuż wybrzeży Afryki. W przeciwieństwie do nich Kolumb był pod wielkim wrażeniem koncepcji Toscanellego i szybko zdecydował się nawiązać z Włochem kontakt. W odpowiedzi na wysłany list otrzymał mapę oraz opis alternatywnej drogi morskiej do Indii.

"Genialne" obliczenia

Reklama

 Szacunki badacza nie były dokładne. Wykalkulował on, iż Europę dzieli od półwyspu jedna trzecia długości obwodu Ziemi, czyli około 13 000 kilometrów (w rzeczywistości to o 4000 więcej). Kolumbowi wydało się to podejrzane, więc zaczął poprawiać rachunek na własną rękę. Udało mu się! Skrócił dystans do... 3900 kilometrów. Od razu wziął się też do organizowania środków na podróż. Przedstawił swoje zamiary kolejnemu portugalskiemu władcy, Janowi II, ale ten odmówił finansowania wyprawy. Zwrócił się więc do Izabeli, królowej Hiszpanii. W 1486 roku Kolumb zaprezentował swój pomysł władczyni, która przyjęła go z dużym zainteresowaniem. Jednak zebrana przez nią komisja orzekła: "nie ma żadnego powodu, aby Jej Wysokość wsparła ten niemożliwy plan, opierający się na lichych podstawach".

To jednak nie zniechęciło Kolumba - przez następne lata szukał wsparcia wpływowych osób. Wreszcie kastylijscy monarchowie zgodzili się wyłożyć potrzebną sumę oraz obiecali żeglarzowi udział w zyskach: miał zatrzymać dziesiątą część przychodów z nowego połączenia handlowego i zostać gubernatorem każdej odkrytej ziemi. Trzeciego sierpnia 1492 roku z portu Palos w Hiszpanii wyruszyły trzy statki. Postój na Wyspach Kanaryjskich - ostatnim zbadanym przez Europejczyków lądzie na zachodzie - potrwał do 5 września. Następnie uparty odkrywca wraz z  90-osobową załogą wypłynął w nieznane...


Festiwal kłamstw i pomyłek

Trzeba przyznać, że jak na XV wiek, dysponował doskonałą flotą. Santa Maria - statek flagowy o długości około 20 metrów - miał wyporność 100 ton (choć pojawiają się opinie, że nawet powyżej 200!). Za nią podążały dwie karawele o połowie tej wyporności: Pinta i Nina, dowodzone przez braci Martína i  Vincenta Pinzónów. Po kilkunastu dniach podróży przez otwarty ocean marynarze zaczęli się niepokoić. Nigdy wcześniej nie byli tak daleko od domów.

Tymczasem ich przywódca, zamiast podbudowywać morale załogi, zajmował się... fałszowaniem dzienników pokładowych. Ambitny żeglarz miał dwie księgi: w pierwszej zapisywał rzeczywiste położenie okrętów, w drugiej koloryzował rzeczywistość, by udowodnić swoje domysły. Na pokładzie zaś co rusz wybuchały kłótnie i bójki. Jedenastego października, pięć tygodni po opuszczeniu Wysp Kanaryjskich, z bocianiego gniazda Pinty dostrzeżono unoszący się na wodzie kawałek obrobionego drewna. Ląd był blisko! Dotarli do niego następnego dnia. Pewien, że to wybrzeże Indii, Kolumb "ochrzcił" tubylców Indianami, a pierwszej z wysp, na której postawił nogę, nadał nazwę San Salvador (Święty Zbawiciel).

Strudzeni marynarze nie zabawili tam długo, szybko popłynęli dalej, ku Azji - tak przynajmniej sądził ich dowódca. W rzeczywistości mijali Bahamy. Na Kubie, którą Kolumb pomylił z Chinami lub Japonią (nie był co do tego pewny), zatrzymali się 28 października. Krążyli między wyspami tak długo, aż Santa Maria osiadła na mieliźnie koło  Hispanioli (obecnie  Haiti). Stracili główny środek transportu, więc byli zmuszeni założyć osadę -  La Navidad. Pierwsze domy zbudowano z desek bezużytecznego okrętu. W Nowym Świecie zostało 39 mężczyzn z zapasami jedzenia i bronią, a Kolumb ruszył w drogę powrotną. Zabrał ze sobą 10 tubylców.

Kolorowe ptaki z fałszywych Indii

Mimo że odkrywca nie osiągnął celu podróży, udało mu się zamydlić oczy hiszpańskiej królowej egzotycznymi bogactwami. Wraz z  nim przypłynęły przecież nie tylko drogocenne kamienie i  złoto, ale również Indianie. To właśnie oni, niosąc kolorowe ptaki w  klatkach, wzbudzili ciekawość władczyni. Na własną zgubę - z rdzennych mieszkańców Ameryki przysyłanych do Europy po kolejnych wyprawach Kolumb uczynił niewolników. Żeglarz pękał z dumy. Został mianowany admirałem oceanu, wicekrólem i gubernatorem Zachodnich Indii, tyle że leżących... w Ameryce. Nikt nie domyślał się skali pomyłki. Na następną misję nie szczędzono środków. Tym razem przez Atlantyk przepłynęło 17 statków, niosących grubo ponad tysiąc ludzi. Jednak żaden z nich nie spodziewał się tego, co zastaną na miejscu...

Krwawa kolonizacja

Pod nieobecność Kolumba osada La Navidad została obrócona w perzynę. Jak do tego doszło? Marynarze - gdy tylko statek przywódcy zniknął za horyzontem - zabrali się za plądrowanie indiańskich wiosek oraz nękanie tamtejszych kobiet. Tubylcy w odwecie wycięli intruzów w pień. Drugi rzut kolonizatorów wcale nie okazał się lepszy. Organizator ekspedycji zupełnie nie radził sobie z zarządzaniem ludźmi. Wkrótce doszło do kolejnych potyczek z miejscowymi. Na dodatek okazało się, że na wyspach wcale nie ma tak dużo złota, jak się spodziewano. Rosło rozczarowanie "wielkim odkryciem". Z jakiej racji Kolumb otrzymał tytuły, skoro natrafił zaledwie na niewielkie połacie ubogich ziem? W  1496 roku jego flota jak niepyszna wróciła do Hiszpanii. Ambitny żeglarz musiał później długo pracować, by odzyskać dobre imię.

Ostatecznie znowu uwierzono mu na słowo - i pozwolono na następny rejs. Wyruszył dwa lata później. Tym razem z  wyspy Trynidad dostrzegł wybrzeże Ameryki. Zarzucił kotwicę w okolicach ujścia Orinoko. Był pewny, iż wreszcie uda mu się przekonać niedowiarków, że dotarł do Azji - miejscowe kobiety nosiły bowiem naszyjniki z pereł. Z tym "niezbitym dowodem" wrócił na Hispaniolę. Myślał, iż zostanie tam przywitany jak bohater, ale tymczasem w kolonii wybuchł bunt. Osadnicy aresztowali Kolumba i jego syna, po czym odesłali ich do Europy w kajdanach. Królowa Izabela musiała mieć jednak słabość do odkrywcy - ułaskawiła go i od razu zaangażowała się w organizację kolejnej eskapady.

Ostatnia wyprawa

W roku 1502 ambitny żeglarz wyruszył po raz ostatni. Zgodnie z ustaleniami współczesnych historyków dotarł do Hondurasu, Nikaragui, Kostaryki i Panamy. Chciał znaleźć cieśninę, którą - jak sądził - dałoby się przepłynąć do Chin oraz Indii, lecz mu się to nie udało. Zatrzymał się na Jamajce, gdzie pozostał przez rok. Jego statki były już wówczas w bardzo złym stanie.

W listopadzie 1504 roku wrócił do Hiszpanii, by pożegnać swoją najwierniejszą sojuszniczkę. Królowa Izabela zmarła wkrótce po zawinięciu okrętów do portu, a Kolumb dosłownie z dnia na dzień stracił pozycję na dworze. Uczeni zaczęli coraz częściej napomykać, że zasługi podróżnika są mniej doniosłe, niż dotąd uważano. I mieli sporo racji. Dziś Kolumba znamy jako nieustraszonego odkrywcę Ameryki, lecz w  rzeczywistości dokonał tego... przypadkowo (nie mówiąc już o tym, że wikingowie dopłynęli do wybrzeży dzisiejszej Kanady około 500 lat wcześniej!). Nie potrafił obliczać odległości, wciąż gubił się na oceanie. Był nieudolnym dowódcą, nie miał posłuchu wśród załogi. W zamorskich koloniach oddawał się wyłącznie gromadzeniu fortuny.

Pod koniec życia zupełnie zrezygnował z marzeń o poszerzaniu granic wiedzy i poszukiwaniu nowych lądów. Zmarł w  1506 roku jako smutny, zgorzkniały człowiek. Do końca swych dni był przekonany, że odnalazł drogę do Indii. Jedno, czego nie można mu odmówić, to uporczywe dążenie do celu. A że niewiele przy tym myślał? Cóż, nikt nie jest ideałem...

Michał Procner

Świat Wiedzy Historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje