Reklama

Katastrofa Super Electry. Do dziś przyczyny są nieznane

Wrak Lockheed L-14 Super Electra o numerze SP-BNG na stokach góry /domena publiczna

​Katastrofa Lockheeda L-14H Super Electra wstrząsnęła Polską. Był to najtragiczniejszy wypadek samolotu Linii Lotniczych LOT w okresie międzywojennym. Nie przeżył nikt z obecnych na pokładzie.

Reklama

LOT słynął w międzywojniu z najnowocześniejszej floty samolotów. W latach 30. starzejące się junkersy, latające na trasach krajowych, wymieniono na polskie PWS-24, a fokkery zostały zastąpione przez douglasy DC-2, lockheedy L-10-A Electra i junkersy Ju 52/3m. W latach 1938-1939 zakupiono Lockheed L-14-H Super Electra - wówczas najnowocześniejsze samoloty komunikacyjne na świecie. Miały one pozwolić na otwarcie pierwszej linii transatlantyckiej. LOT planował je otworzyć wiosną 1940 roku.

Nowoczesny samolot dopiero co trafił na linię obsługującą trasę Helsinki - Warszawa - Bukareszt. Ówczesna prasa pisała (wszędzie zachowano oryginalną pisownię): "Samoloty 'Lockhead 14' od niedawna pełnią służbę na linii lewantyjskiej, w lipcu zaś latano tylko na tych typach, 'Douglasy' bowiem przeniesiono na linię północną. 'Lockhead 14' nie jest może tak wygodnym samolotem, jak 'Douglas', natomiast posiada wielkie zalety, jako maszyna zupełnie nowej konstrukcji, ekonomiczna i niesłychanie szybka".

Reklama

Samoloty Lockheeda w barwach LOT-u nie miały jednak szczęścia. Trzy L-10 Electra rozbiły się z różnych przyczyn, pociągając za sobą w sumie osiem ofiar. Najtragiczniejsza katastrofa miała dopiero nadejść.

Tragiczny lot

Przed lądowaniem w Bukareszcie samolot miał dwa międzylądowania - we Lwowie i Czerniowcach. Na pierwszym postoju dosiadło się dwóch pasażerów, w tym kpt. pil. Władysław Gnys, lecący na zawody lotnicze w Grecji. W Czerniowcach dosiadło się kolejnych czterech pasażerów. W sumie na pokładzie było 14 osób, w tym trzech członków załogi.

O godzinie 17.25, 22 lipca 1938 roku, samolot wystartował z Czerniowiec. Pogoda nie była najlepsza - niebo było zachmurzone i padał lekki deszcz. Po starcie maszyna natychmiast zaczęła się wznosić, obierając kurs na Bukareszt.

13 minut po starcie radiooperator, Zygmunt Zarzycki, połączył się z wieżą w Czerniowcach, informując, że samolot leci na wysokości 2000 metrów, w trudnych warunkach atmosferycznych, a wyładowania utrudniają łączność. Był to ostatni komunikat, jaki odebrano od załogi. Samolot nie dotarł do docelowego lotniska.

Czarna chmura

Późnym wieczorem na posterunek policji we wsi Stulpicani zgłosił się chłop, który zeznał, "że samolot leciał wysoko i w pewnej chwili wleciał w dużą czarną chmurę, następnie wyleciał z niej i wleciał w drugą chmurę. Wieśniak usłyszał w pewnej chwili straszny huk, jak gdyby od uderzenia piorunu. Z czarnej chmury wypadł samolot i koziołkując spadł na ziemię. Wieśniak twierdzi, że w samolot uderzył niewątpliwie piorun".

Świadków było więcej. Spadający samolot widział również por. Constantin Pitu, który obozował wówczas z grupą skautów w pobliżu wsi Găinești. To oni jako pierwsi ruszyli na miejsce katastrofy. Samolot rozbił się na wzgórzu porośniętym sosnowym lasem. Około 23:00 na miejsce przybyli pierwsi ratownicy i wojsko, które zabezpieczyło teren.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski | lotnictwo | historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje