Reklama

James Bond PRL-u

Wywiad PRL wyposażał swoich agentów w gadżety, których nie powstydziłby się agent 007 /123RF/PICSEL

Znikający atrament, tajne szyfry, przemycanie dokumentów w obcasie buta - to nie sztuczki słynnego agenta 007, a repertuar polskich szpiegów z okresu socjalizmu! PRL-owski wywiad wyposażał swoich oficerów w wiedzę i akcesoria, których nie powstydziłby się sam James Bond...

Reklama

W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle - to zdanie z legendarnego serialu o Hansie Klossie do dziś jest symbolem konspiracji. Wielu ludzi traktuje porozumiewanie się hasłami z przymrużeniem oka - podobnie jak atrament sympatyczny, wymyślne schowki, "tajniaków" podszywających się pod różne osoby oraz inne elementy wyjęte wprost z  filmów szpiegowskich. Tymczasem ujawnione niedawno dokumenty dowodzą, że tak właśnie wyglądała codzienność agentów wywiadu i kontrwywiadu Polski Ludowej.

Życie pod przykrywką

W  zimny, grudniowy wieczór 1970 roku Andrzej Czechowicz relaksuje się w  swoim mieszkaniu przy Klopstockstrasse 8 w Monachium. W pewnym momencie rozlega się dzwonek telefonu. - Ojciec jest bardzo chory - słyszy w słuchawce. Choć jest mocno związany ze swoim tatą, nie obawia się o jego zdrowie. Wie, że to tylko umówione hasło oznaczające, iż znalazł się w niebezpieczeństwie. Teraz musi udać się na spotkanie z wysłannikiem warszawskiej centrali MSW i odebrać dalsze wskazówki. Gdy zjawia się na miejscu, podchodzi do niego jakiś mężczyzna. - Roman przekazuje pozdrowienia - mówi. - Dziękuję, właśnie miałem wysłać mu kartkę - odpowiada Czechowicz.

Wzajemna identyfikacja zakończyła się pomyślnie. Przybysz wręcza zakonspirowanemu agentowi zapisany na cieniutkim papierze rozkaz: zaprzestać wszelkiej działalności wywiadowczej. Szpieg po chwili odczytuje tę informację; jest zaszokowany, ale nie waha się nawet przez moment. Podpala kartkę tlącym się papierosem. W ciągu kilku sekund znika dowód sekretnego spotkania. Przez dwa miesiące z  niecierpliwością czeka na następne instrukcje.

Dopiero w lutym 1971 roku Andrzej Czechowicz znajduje w swojej skrzynce widokówkę. Na pozornie zwyczajnej kartce widnieje zdjęcie znanej restauracji w  austriackim Salzburgu. Z tyłu są tylko pozdrowienia od znajomego. A jednak z pocztówki agent dowiaduje się, gdzie i kiedy ma się stawić na kolejne spotkanie. Jak? To proste: lokal pokazany jest na fotografii, a do daty na stemplu wystarczy dodać 14 dni. Czechowicz ma nadzieję, że wreszcie dowie się, czy po latach bezproblemowej działalności, polegającej na szpiegowaniu pracowników Radia Wolna Europa, zaliczył wpadkę. Podejrzewa, że mogła namierzyć go CIA.

Reklama

W Salzburgu koledzy z wywiadu przekazują mu polecenie natychmiastowego powrotu do kraju. Początkowo nie chcą się zgodzić, by Czechowicz wstąpił po dobytek zostawiony w mieszkaniu przy Klopstockstrasse. Ostatecznie udaje mu się wybłagać, żeby podczas szybkiego przejazdu przez Niemcy zabrać najcenniejsze rzeczy, nie może jednak pożegnać się z ukochaną, która nie wie o jego podwójnym życiu. Jeśli kobieta wyczułaby zdenerwowanie partnera, cała akcja mogłaby skończyć się dekonspiracją i  aresztowaniem. Do dziś nie jest jasne, dlaczego w takim pośpiechu wycofano z Monachium agenta nazywanego później Jamesem Bondem PRL-u.

Szpieg, który został gwiazdą

Po spakowaniu najważniejszych rzeczy Andrzej Czechowicz wsiada do samochodu i rusza w stronę Czechosłowacji. Towarzyszą mu pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wiedział, że ta chwila może kiedyś nadejść, jednak jest oszołomiony tempem wydarzeń. Żył w Niemczech przez 8 lat, udając przeciętnego cudzoziemca, zajętego własnymi sprawami. Miał mieszkanie, spotykał się z kobietą. Trudno mu tak po prostu to wszystko porzucić. Na dodatek dochodzi jeszcze stres związany z  możliwością aresztowania. Nie ma pewności, czy ktoś nie zauważył, jak w popłochu opuszcza Monachium, i czy jako Andrzej Czechowicz zostanie w o góle przepuszczony przez granicę.

Na wszelki wypadek pracownicy wywiadu wymieniają mu paszport. Zostaje Ryszardem Kańskim podróżującym do Pragi - takie dane widnieją na sfałszowanym dokumencie. Mimo obaw, cała grupa bez problemu dociera do stolicy Czechosłowacji, po czym wsiada do samolotu lecącego na Okęcie. Już w Warszawie mężczyźni udają się do zakonspirowanego lokalu w bloku przy ulicy Grójeckiej. Tam na Czechowicza czeka lekarz i ochrona, która towarzyszy mu odtąd na każdym kroku. Niedługo później MSW ujawnia jego prawdziwą tożsamość. Były szpieg staje się bohaterem peerelowskiej propagandy. Głośno mówi się o jego udziale w akcji mającej zdyskredytować "imperialistyczne" Radio Wolna Europa. Sława ma swoją cenę - Czechowicz aż do upadku muru berlińskiego nie może już wrócić na Zachód...


Nie tylko Czechowicz

Podszywanie się przez agenta pod inne osoby lub posługiwanie nieprawdziwym życiorysem to tylko niektóre sztuczki agentów wywiadu. Za żelazną kurtyną z  dużymi sukcesami stosowano kradzieże tożsamości i  fałszowano dokumenty. Przygotowując się do swojej roli, funkcjonariusz przechodził szczegółowe szkolenie, po którego ukończeniu zostawał... zawodowym kłamcą. Praca nielegałów, czyli oficerów posługujących się nowym życiorysem (tzw. legendą), była jednym z filarów peerelowskiego wywiadu. Zazwyczaj wykorzystywano dane zmarłych lub zaginionych. Służba Bezpieczeństwa poszła jednak o krok dalej: w co najmniej jednym przypadku nadała szpiegowi tożsamość żyjącej osoby. Wynikła z tego historia, która mogłaby posłużyć za scenariusz filmu sensacyjnego!

Fałszywy Arnold

"Biorcą" był tajny agent Jerzy Kaczmarek. Ten zdolny funkcjonariusz SB, z wykształcenia germanista, w ramach skrupulatnie zaplanowanej misji wyjechał pod koniec lat 70. do Niemiec jako Janusz Arnold. W RFN-ie odszukał matkę Arnolda, Hildegard. Kobieta tuż po wojnie zostawiła syna w polskim sierocińcu. Gdy na jej progu pojawił się mężczyzna posługujący się dokumentami porzuconego przez nią dziecka i utrzymujący, że to ona go urodziła, Niemka dostała zawału serca i zmarła. To tylko ułatwiło Kaczmarkowi pracę. Rodzina kobiety pomogła mu zdobyć zatrudnienie w miejscowym urzędzie. Agent latami, przez nikogo nieniepokojony, przesyłał raporty szpiegowskie do centrali w Warszawie.

Wszystko zmieniło się, gdy prawdziwy Arnold, żyjący wciąż w Polsce, postanowił... odszukać swoich biologicznych krewnych. Czerwony Krzyż, z którego pomocy korzystał najpierw fałszywy, a później autentyczny Janusz, zorientował się, że już druga osoba o tym samym nazwisku poszukuje Hildegard, więc zawiadomił odpowiednie służby. W rezultacie Kaczmarek trafił do więzienia. Nie siedział jednak długo - szybko wrócił do Polski dzięki wymianie szpiegów między Wschodem a  Zachodem. A  co z  prawdziwym Januszem Arnoldem? Zmarł trzy dni po tym, jak dowiedział się, że jego tożsamość ukradły socjalistyczne władze...

Świat Tajemnic

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje