Jak nie prowadzić wojny? Antyporadnik Armii Czerwonej

Zniszczony czołg BT-7 podczas operacji "Barbarossa" w czerwcu 1941 roku /Wikimedia Commons – repozytorium wolnych zasobów /INTERIA.PL/materiały prasowe

Brak rozpoznania, brak organizacji, totalny chaos – tak walczyła „niezwyciężona” Armia Czerwona. Żałosne kompromitacje radzieckiego wojska jeszcze przed II wojną światową powinny były zaalarmować dowództwo. Niewiarygodne straty w ludziach i sprzęcie nie wzbudzały jednak żadnej refleksji.

Reklama

Poligonem doświadczalnym dla sowieckich kadr była wojna domowa w Hiszpanii. Tam jednak sowieccy "ochotnicy" skazani byli na współpracę z żołnierzami z innych państw i trudno jest ocenić ich wartość bojową. Jednak już wówczas pojawiły się pewne sygnały, które powinny dać mocno do myślenia radzieckim decydentom.

W bitwie o miasteczko Fuentes de Ebro brał udział republikański Międzynarodowy Pułk Pancerny. Uzbrojony był w 48 czołgów BT-5, których załogi składały się z sowieckich "ochotników" oraz członków Brygady Międzynarodowej, przeszkolonych w Szkole Pancernej im. Gorkiego. Pułk miał zdobyć Fuentes de Ebro i w ten sposób otworzyć drogę na Saragossę.

Reklama

Atak zaplanowano w południe 13 października 1937 roku. Natarcie jednak opóźniło się. Czołgiści nie zdążyli osiągnąć pozycji będących podstawą do uderzenia, ponieważ otrzymali rozkazy o godzinie 23.00 dnia poprzedniego, a do wyznaczonych rejonów było około 50 kilometrów.

Na domiar złego, na dwie godziny przed akcją, załogi czołgów poinformowano, że będą wieźć na pancerzach desant piechurów, czego nigdy nie ćwiczyli. Nie przeprowadzono też rozpoznania. Dowódcy mieli ledwie mgliste pojęcie o rozmieszczeniu pozycji nieprzyjaciela, nie znali jego sił, ilości środków przeciwpancernych ani nawet ukształtowania terenu, po którym miały szarżować czołgi!

Natarcie zakończyło się kompletną klęską. BT-5 oddały salwę z dział i runęły do ataku. Podczas przekraczania własnych linii czołgi zostały ostrzelane przez własną piechotę, której nikt nie uprzedził o planowanym ataku! Zginęło wówczas wielu "desantników", inni pospadali z czołgów nie mogąc się utrzymać na rozdygotanych pancerzach.

Kiedy BT-5 znalazły się w otwartym terenie zostały zmasakrowane ogniem ukrytych działek przeciwpancernych nacjonalistów. Nieliczna piechota, jaka przy nich pozostała, nie mogła w żaden sposób zapewnić im właściwej osłony, ani utrzymać zajętego terenu. Operacja została przerwana. Pułk stracił dziewiętnaście czołgów, kilka dalszych zostało uszkodzonych.

Lekcja japońska

Kolejnym testem dla Armii Czerwonej były walki z Japończykami nad jeziorem Chasan. Kadra dowódcza radzieckiej armii koniecznie pragnęła wykazać się sukcesami przed swoim wodzem. Sowieccy bojcy uderzyli na japońskie stanowiska 29 lipca 1938 roku i zajęli sporne terytorium. Japończycy przeszli wówczas do kontrataku i do 31 lipca odrzucili wroga na stanowiska wyjściowe.

To był jeden wielki bajzel i brak jakiejkolwiek organizacji ze strony Armii Czerwonej. Zdarzały się przypadki, że baterie artylerii trafiały na front bez pocisków. Niektóre pododdziały piechoty nie posiadały karabinów i masek przeciwgazowych. Mundury były również w opłakanym stanie: wielu żołnierzy posłano do walki w całkowicie zniszczonym obuwiu, prawie bosych, w tak podartym umundurowaniu, że właściwie byli w bieliźnie.

Powtórzyła się sytuacja z Hiszpanii. Znów zaniedbano rozpoznanie, a natarcia różnych rodzajów wojsk w żaden sposób nie były ze sobą skoordynowane. Czołgi T-26 i BT atakowały w niewielkich ugrupowaniach, w nieznanym sobie terenie, bez przygotowania artyleryjskiego i wsparcia piechoty. Działo się tak z prostej przyczyny: pułki strzeleckie nie posiadały radiostacji, a artyleria strzelała z map i w żaden sposób nie nadążała za dynamiką pola walki.

10 sierpnia z inicjatywy rządu japońskiego przedstawiciele obu walczących stron siedli do rozmów. Dzień później przerwano działania bojowe i powrócono do status quo sprzed walk w tym rejonie. Mimo to Sowieci ogłosili się zwycięzcami i taki przekaz poszedł w świat.

Tak naprawdę czerwonoarmiści ponieśli dużo większe straty w ludziach i sprzęcie, niż armia japońska. Stracono między innymi 96 czołgów. Japończycy nie stracili żadnego, ponieważ w ogóle nie dysponowali tam siłami pancernymi.

Zwłaszcza wyszkolenie bojowe kadry oficerskiej Armii Czerwonej nie nastrajało zbyt optymistycznie.  Sam Kliment Woroszyłow stwierdził później, że przygotowanie bojowe wojsk, sztabów i składu dowódczo-kierowniczego okazało się na poziomie niedopuszczalnie niskim.

Chałchyn Goł

Niewiele brakowało, aby rok później kompromitacją zakończyły się walki nad rzeką Chałchyn Goł, wzdłuż granicy mongolsko-mandżurskiej. Pierwsze potyczki zaczęły się tam 11 maja 1939 roku. 28 maja oddziały japońskie przeprowadziły ofensywę, którą wojska sowieckiego 57 Korpusu odparły.

Japończycy wycofali wówczas swoje jednostki, do której to operacji użyto licznych ciężarówek. Kiedy radzieccy wywiadowcy zameldowali o tym do sztabu 57 Korpusu, tam błędnie zinterpretowano całą sytuację i założono że nadciągnęły japońskie posiłki! W efekcie pospiesznie nakazano oddziałom sowiecko-mongolskim, zajmującym przyczółki nad Chałchyn Goł, z powrotem przeprawić się przez rzekę, aby uchronić je przed spodziewanym atakiem ze strony nowych japońskich jednostek!

5 czerwca do sztabu 57 Korpusu przybył z grupą oficerów komdiw Gieorgij Żukow. Na skutek miażdżącej krytyki  z jego strony, odwołano dotychczasowego dowódcę korpusu, komdiwa Feklenkę. Zastąpił go sam Żukow. Zmiana nie wniosła wcale nowej, wielkiej jakości w dowodzeniu.

3 lipca, pod samym nosem sowieckiej armii,  13 tysięcy japońskich żołnierzy i 100 dział niepostrzeżenie sforsowało Chałchyn Goł i umocniło się na górze Bajan-Cagan, wysokim urwisku na zachodnim brzegu rzeki. Co robiły w tym czasie jednostki rozpoznawcze i wywiad sztabu sowieckiego stratega wszechczasów, późniejszego marszałka Żukowa, pozostanie chyba na zawsze tajemnicą.

Japońskie oddziały zostały rano odkryte przez pułkownika Afonina, doradcę "sojuszniczej" armii mongolskiej, który miał przeprowadzić inspekcje sowieckich jednostek w tamtym rejonie. Pułkownik, jak pisze Władimir Bieszanow, absolutnie nieoczekiwanie wykrył tam japońskie wojska. Oczywiście, nie omieszkał poinformować o swoim odkryciu komdiwa Żukowa.

Wielki sukces Georgija Żukowa

Ten zareagował nadzwyczaj energicznie, sowieckim sposobem. Kolumny radzieckich czołgów, bez wsparcia piechoty, artylerii, nie mając pojęcia na temat sił i rozmieszczenia przeciwnika, zaatakowały z całą mocą. Ze 132 T-26 i BT około osiemdziesiąt zostało spalonych bądź uszkodzonych. Po nich, o godzinie 13.00 uderzył pułk piechoty zmotoryzowanej. Z wiadomym skutkiem.

O 15.00 pięknie szarżowało pięćdziesiąt samochodów pancernych z 7 Brygady Pancernej. Czerwoni pancerni weszli do walki prosto z marszu, nikt nie zadbał o to, aby zaznajomić ich z sytuacją na polu bitwy. Efekt ataku jak poprzednio - na przedpolu zostały trzydzieści trzy wraki sowieckich wozów pancernych, zginęło przeszło osiemdziesięciu żołnierzy.

Japończycy bronili się tam jeszcze przez dwie doby. Na koniec umiejętnie, w sposób zorganizowany, zabierając przy tym ciężki sprzęt, wycofali się przez przeprawę, której przez te dwa dni nie było w stanie zniszczyć sowieckie lotnictwo.

Sowieci w końcu zwyciężyli nad Chałchyn Goł, ale nie było to efektem wyrafinowanych manewrów taktycznych, tylko brutalnej przewagi ilościowej w sprzęcie pancernym i lotnictwie. Ich straty i tak były zatrważające: stracili 253 czołgi i 124 samochody pancerne (dalszych przeszło 200 samochodów pancernych zostało uszkodzonych), około 28 tysięcy żołnierzy zostało zabitych, rannych bądź zaginionych.

Dane na ten temat ujawniono dopiero w latach 90-tych XX wieku. Japończycy stracili wówczas około 17 tysięcy zabitych i rannych. Zwycięstwo nad Chałchyn Goł nie było więc wcale powodem do chwały.

Ostateczny sprawdzian

Starcia w Hiszpanii, czy, w zdecydowanie większym stopniu, z wojskami japońskimi, udowodniły, że Armia Czerwona jest bezradna na polu walki. Szwankowało właściwie wszystko: łączność, rozpoznanie, zaopatrzenie. Dowódcy różnych szczebli nie potrafili skoordynować działań różnych rodzajów wojsk, skutkiem czego te działały samodzielnie, co z kolei narażało je na wysokie straty.

Wyższym szarżom brakowało inicjatywy, często paraliżował je strach przed wszechwładnymi komisarzami politycznymi, którzy jedną depeszą do Moskwy mogli posłać ich przed pluton egzekucyjny. Zemściło się to w późniejszym okresie. Kampania w Polsce była w zasadzie lekka, łatwa, i przyjemna, ale tylko dlatego, że nasi żołnierze dostali rozkaz unikania walki z wojskami radzieckimi.

Praktycznie wszędzie tam, gdzie Wojsko Polskie stawiło zorganizowany opór, jak chociażby pod Grodnem, Sowieci ponosili znaczne straty. Szczególnie wojna zimowa z Finami bezlitośnie obnażyła słabość Armii Czerwonej. Prawdziwy sprawdzian dla sowieckich bojców zaczął się 22 czerwca 1941 roku wraz z uderzeniem Niemiec na ZSRR. Wypadł on wówczas wręcz żałośnie dla Armii Czerwonej.

Pod koniec 1941 roku straty wojsk sowieckich w zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli wyniosły niewiarygodną liczbę około ośmiu milionów żołnierzy! Niemieckie straty nie przekroczyły w tym czasie 831 tysięcy żołnierzy. Radziecki żołnierz został  sprowadzony do poziomu bydła, masowo wysyłanego na rzeź.

Zainteresował cię ten artykuł? Na CiekawostkachHistorycznych.pl przeczytasz również o najbardziej absurdalnych rzeczach, które kradli czerwonoarmiści po wyzwoleniu Polski.

Dariusz Kaliński - Specjalista od II wojny światowej i działań sił specjalnych, a także jeden z najpoczytniejszych w polskim internecie autorów z tej dziedziny. Od 2014 roku stały publicysta "Ciekawostek historycznych.pl". Wielbiciel zlotów militarnych, zespołu Dżem i talentu aktorskiego Clinta Eastwooda. Autor książki "Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje