Reklama

Henryk Walezy: Książę sodomy na tronie Polski

Wjazd poselstwa polskich senatorów po Henryka Walezego (z lewej) do Paryża /Wikimedia Commons /domena publiczna

Gdy przybył z Francji do Krakowa, brać szlachecka była w szoku. Ów cudak nosił rajstopy oraz kolczyki, a na jego twarzy widniał makijaż - i właśnie miał zostać królem Polski...

Reklama

Henryk pochodził z królewskiego francuskiego rodu Walezjuszów. Był czwartym synem Henryka II i Katarzyny Medycejskiej - szanse na tron w ojczyźnie miał więc raczej nikłe. Przedsiębiorcza matka postanowiła znaleźć mu inną "posadkę". Wkrótce nadarzyła się okazja w dalekim kraju dumnych potomków Sarmatów...

Zygmunt II August - ostatni władca z dynastii Jagiellonów - umarł w 1572 roku, nie doczekawszy się męskiego potomka. Polsce groziła anarchia. Aby do niej nie dopuścić, szlachta zdecydowała się na wybór monarchy z zewnątrz. Rzeczpospolita była wówczas potężnym terytorialnie państwem i miała status regionalnego mocarstwa, więc kandydaci byli znamienici.

Do walki o koronę przystąpili m.in. Ernest (syn cesarza Maksymiliana II Habsburga), król Szwecji Jan III Waza, car Rosji Iwan IV Groźny oraz właśnie młody Henryk Walezjusz. Pierwsza wolna elekcja, we wsi Kamień pod Warszawą, zgromadziła rekordową liczbę ok. 40 tysięcy przedstawicieli polskiej  szlachty. Ostatecznie, dzięki zakulisowym działaniom Francuzów, panowie bracia postawili na ich kandydata, i to mimo obaw o możliwość eskalacji konfliktu religijnego. Walezjusze byli bowiem uwikłani w noc św.  Bartłomieja - rzeź hugenotów (francuskich kalwinów) dokonaną przez katolicką ludność Paryża. Życie straciło wtedy ok. pięciu tysięcy osób, a Henryk osobiście zaangażował się w działania zbrojne.

Szlachta nad Wisłą przymknęła na to oko, uspokojona zobowiązaniem kandydata do uszanowania tzw. artykułów henrykowskich i pacta conventa - zbioru praw gwarantujących jej "złotą wolność" oraz ograniczających władzę monarchy. I tak 11 maja 1573 roku pierwszym królem elekcyjnym Rzeczpospolitej Obojga Narodów został Henri de Valois. Dwudziestotrzylatek wyruszył do Krakowa dopiero w listopadzie. Ale nic dziwnego, że młodemu Francuzowi do Polski się nie spieszyło. W zamian za objęcie tronu zobowiązał się bowiem nie tylko do respektowania wolności szlacheckich, ale i do ożenku z Anną Jagiellonką - damą starszą od niego o niemal trzy dekady...

Walezy ostatecznie przybył nad Wisłę dwa miesiące później. Nigdy nie wywiązał się z obietnicy ślubu, podobnie zresztą jak z wielu innych. Po uroczystej koronacji na Wawelu, która przebiegła w atmosferze skandalu, wyłgał się od zaprzysiężenia artykułów henrykowskich oraz uszanowania zapisów tzw. konfederacji warszawskiej, gwarantujących wolność religijną. I to mimo że wcześniej w paryskiej katedrze Notre Dame dawał słowo, iż ją przyjmie...

Faceci w rajtuzach

Jego zapał do rządzenia w obcym kraju osłabł wkrótce po objęciu władzy. Henryk nie znał ani słowa po polsku, a jego wygląd budził powszechne rozbawienie. Jak na nadwiślańskie standardy, przywiązywał zbyt dużą wagę do ubioru. Poza tym używał perfum, układał wyszukane fryzury, nosił kolczyki, rajtuzy, a nawet makijaż. Według kronikarzy miał słabość do damskich elementów garderoby.

"Zdaje się on delikatnym i zniewieściałym; gdyż poza bogatymi sukniami, które nosi, pokrytymi całkowicie złocistym haftem, drogimi kamieniami i perłami najwyższej ceny, ukazuje jeszcze nadzwyczajną dbałość o swą bieliznę i o ułożenie włosów. Ma zwykle na szyi podwójną kolię z oprawionej w złoto ambry; chwieje się ona na jego piersi i wydaje słodki zapach" - wspominał nuncjusz apostolski we Francji, Gianfrancesco Morosini. 

Reklama


Dla otoczenia, w którym dominowały podgolone głowy, sumiaste wąsy, podbite futrem wierzchnie okrycia oraz obszerne kontusze, wygląd i styl bycia monarchy wydawały się wprost z innej planety. Plotkowano o homoseksualizmie króla. Polaków raził też jego dwór. Walezy przywiózł ze sobą pokaźną świtę tzw. minionów (fr. les mignons) - specyficzną gwardię przyboczną, na którą składali się mężczyźni w pludrach (sięgających kolan bufiastych spodniach), kusych kubraczkach i z makijażem na twarzach. Ich zadaniem było zapewnianie władcy rozrywek (m.in. werbowali kurtyzany), ale w razie potrzeby mieli walczyć, a nawet umrzeć za Henryka. Dlatego też, mimo że postrzegani jako zniewieściali dziwacy, bardzo sprawnie posługiwali się rapierami. W  XVI-­wiecznym Krakowie nieraz musieli z tych umiejętności korzystać. O ile królowi nic nie groziło, o tyle "pięknisie" dość często mieli zatargi z miejscowymi. 

"Rzadki dzień, kiedy kilku Francuzów albo naszych nie zabito" - relacjonował poseł i kronikarz Joachim Bielski. 


Świat Wiedzy Historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje