Reklama

Grube ryby na tropie grubego zwierza

Polowania, pijaństwa, uczty – tak wyglądały wypoczynkowe wyjazdy PRL-owskich dygnitarzy. Pokazanie się w lesie z dubeltówką należało do dobrego tonu i uchodziło za rozrywkę elit.

To były miejsca owiane legendą. Pilnie strzeżony prywatny raj władców PRL, do którego nawet przez przypadek nie mógł zabłąkać się żaden turysta, grzybiarz czy zbieracz jagód. Zamknięte dla zwykłych śmiertelników luksusowe ośrodki były miejscem, gdzie zmęczona trudami rządzenia elita mogła we własnym gronie spokojnie odpocząć. I, oczywiście, odpowiednio się zabawić. Do najwspanialszych „pereł w koronie” należały położony na granicy Warmii i Mazur Łańsk oraz bieszczadzki Arłamów.

Reklama

Stosunek prominentów PRL do dóbr materialnych i zbytku przypominał sinusoidę: po okresie rozpasania przychodził nieuchronnie czas ascezy, a następnie kolejna epoka konsumpcji. Ekipę Bieruta otaczał nieprawdopodobny wręcz luksus, a towarzysz „Tomasz” miał do swojej dyspozycji aż dziesięć (!) rezydencji.

Potem przyszły czasy ascetycznego Gomułki, a w latach 70. dekada nieskrępowanej konsumpcji Edwarda Gierka. Natomiast generał Jaruzelski był człowiekiem bez większych potrzeb materialnych i podobnego podejścia do nich wymagał też od swych podwładnych.

Pałac Göringa

Elitę władzy PRL łączyło upodobanie do polowań, zapalonym myśliwym był Bierut, korzystający głównie z terenów w okolicach Łańska. Towarzysz „Tomasz” lubił przy tym pozować na wielbiciela natury i fotografował się z ulubioną sarenką, co nie przeszkadzało mu jednak w odstrzale zwierzyny.

Łańsk od lat cieszył się doskonałą opinią jako miejsce do organizacji imprez myśliwskich. Przed I wojną światową polował tutaj feldmarszałek von Hindenburg, a w późniejszych latach Hermann Göring. To właśnie po nim pozostał w Łańsku myśliwski pałacyk, który zaanektowali na swoje potrzeby prominenci PRL. Szybko uznano, że budynek jest zbyt skromny i Bierut podjął decyzję o jego rozbudowie.

„W willi myśliwskiej w Łańsku (...) – opisywał uciekinier ze służb PRL, Józef Światło – jest garnizonik złożony z około 50 ludzi pod dowództwem porucznika Doskoczyńskiego. Ludzie ci pilnują willi, utrzymują ją w pogotowiu i hodują specjalną zwierzynę na tych 10 dni czy 2 tygodnie, które towarzysz Bierut spędza tam rocznie na polowaniu”. Niebawem Łańsk stał się jednym z ulubionych miejsc wypoczynku Józefa Cyrankiewicza.

Premier organizował tam wystawne przyjęcia dla znajomych, jednak personel ośrodka miał za zadanie nie tylko obsługiwanie gości, ale też prowadzenie obserwacji, czy przypadkiem nie nadjeżdża niezapowiedzianie Władysław Gomułka. I gdy kiedyś rzeczywiście tak się stało, Cyrankiewicz zareagował natychmiast. Ze stołów zniknęły zagraniczne specjały, a w zamian pojawiły się kaszanka, ser i kawa zbożowa.

Dworskie życie

Niezwykle ważne informacje przynosiła obserwacja warunków letniego wypoczynku w Łańsku. Panowała ścisła hierarchia, a największy luksus przypadał oczywiście aktualnym ulubieńcom władz. – Wszystko oceniało się po zakwaterowaniu – wspominała Karyna Andrzejewska, druga żona Jerzego Urbana.

– Czy ktoś miał apartament, czy tylko pokój z łazienką, czyli rybaczówkę, czy apartament w domu nad samym jeziorem. Gorsza kwatera niż w poprzednim sezonie oznaczała popadnięcie w niełaskę. Bez problemu rozpoznawano w ten sposób upadające gwiazdy i nowych wybrańców fortuny.

Mieczysław Rakowski po raz pierwszy pojawił się w Łańsku u boku Cyrankiewicza na początku lat 70. Panujący tam luksus wprawił go w osłupienie. „Zobaczyłem niemal oazę, przedsionek bądź też pełny raj. JC [Józef Cyrankiewicz] mieszka w willi, taras wychodzi na przepiękne jezioro. Willa jest superluksusowa. Jedzenie jest niesłychanie obfite i wytworne, usługują dwie kelnerki. Artek [syn Rakowskiego], który był ze mną, poszedł kąpać się do basenu. Obsługiwano go jak panicza z najlepszego domu. Zdumiony pytałem JC, kto za to wszystko płaci? Państwo? Odpowiedział, że Łańsk. Nie jestem przeciwnikiem takich ośrodków dla rządzących, ale uważam, że luksus, jaki tam panuje, jest stanowczo za duży. Teraz rozumiem, dlaczego członkowie Biura Politycznego, którzy z niego korzystają, tak bardzo dbają o swoje stołki w Biurze. (...) Cały system przywilejów przykuwa towarzyszy do foteli”.

Istotnie, członkowie elity władzy godzili się ze wszystkimi niedogodnościami, aby zachować przywileje. Nawet z ograniczeniami tak trudnymi dla każdego mężczyzny. „Zobaczyłem się w Aninie” – zanotował wicepremier Józef Tejchma – „z byłym ministrem zdrowia, Ś. [Marianem Śliwińskim]. Oświadcza: »Jak opuściłem rząd, to mi, k…., znowu staje! Stałem się normalnym człowiekiem«”.

Państwo w państwie

Pod koniec lat 60. w Bieszczadach rozpoczęto budowę Ośrodka Wypoczynkowego Rady Ministrów w Arłamowie, W–2 (W–1 oznaczało Łańsk). Inwestycja obejmowała ogrodzony teren o powierzchni 30 tys. ha, a przylegało do niego następne 40 tys. To dwukrotna powierzchnia Malty i o połowę więcej niż obszar dzisiejszej Warszawy!

Ośrodek otoczono płotem o długości 120 km, w którym zamontowano pochylnie umożliwiające dostęp zwierzyny. Oczywiście, cały teren był pilnie strzeżony, nikt nie mógł się tam pojawić bez specjalnego zezwolenia, a ochronę zapewniały jednostki MSW.

Na terenie ośrodka powstał luksusowy hotel dla partyjnych notabli. Niebawem zresztą uznano, że Arłamów jest jednak zbyt mały (!) i w 1973 r. dołączono do niego ośrodek w pobliskiej Trójcy.

W ekspresowym tempie zbudowano drewniane wille w zakopiańskim stylu, których stropy układano ze specjalnie dobieranych modrzewiowych desek bez sęków. Aby zapewnić stałe dostawy prądu, zbudowano elektrownię o mocy 150 kW, a na terenie dawnej wsi Krajna powstało betonowe lotnisko.

BOR w akcji

Arłamów szczególnie lubiła Stanisława Gierek, która zawsze ceniła luksus. Według świadków „decydowała, jakie płytki położyć w łazienkach, na jakie kolory pomalować ściany, jak urządzić pokoje i upiększyć korytarze”. A uznawany przez swe otoczenie za pantoflarza Edward potulnie się na wszystko zgadzał – podobno bardziej od żony bał się już tylko Leonida Breżniewa…

Ośrodek stał się dla komunistycznych notabli (nie wyłącznie polskich) prawdziwym myśliwskim eldorado. Nie tylko zresztą dla nich; polowali tam również szach Iranu, król Belgii oraz prezydent Francji. Pobyt umilała gościom góralska kapela, tańczył zespół ośmiu dziewcząt z Podhala.

Niestety, popisy taneczne nie trwały długo, tancerki za bardzo podobały się młodym funkcjonariuszom BOR. W efekcie cała ósemka niemal jednocześnie zaszła w ciążę i na tym zakończyły się podhalańskie tańce w Arłamowie….

Mistrz ceremonii

Łowieckie ambicje komunistycznych prominentów wywoływały najdziwniejsze plotki, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Wprawdzie polowano dużo i często, ale nie masakrowano zwierzyny ze śmigłowców za pomocą broni maszynowej, jak szeptano w kraju.

Specjalistą od organizacji imprez dla partyjnych notabli był zarządca Arłamowa, pułkownik Kazimierz Doskoczyński. Ten dawny ochroniarz Bieruta został ciężko ranny podczas zamachu na pryncypała wkrótce po wojnie (ponoć ucierpiała męskość oficera). Za zasługi został szefem ośrodka w Łańsku, a następnie przeniesiono go do Arłamowa.

W Bieszczadach zachowywał się jak udzielny książę, bywał agresywny, nie liczył się z podwładnymi i okolicznymi mieszkańcami, ale dbał o powierzony mu teren. A gdy do Arłamowa przyłączono ośrodek w Mucznem, miejscowość na jego cześć przemianowano na Kazimierzowo. Nosiła tę nazwę w latach 1977–1981.

Wśród nocnej ciszy...

W epoce Gierka notable spędzali święta na ogół w Łańsku, ale raz na Boże Narodzenie pojawili się w Bieszczadach. Jak przysięgali naoczni świadkowie, Gierek i Jaroszewicz podzielili się z rodzinami opłatkiem, a potem wspólnie kolędowali.

Edward Gierek i jego ekipa bardzo daleko odeszli od walki z religią, chociaż zderzenie odmiennych światopoglądów przynosiło czasami zaskakujące i nader humorystyczne efekty. Józef Tejchma, jako minister kultury, zamówił kiedyś u sędziwej bieszczadzkiej artystki obraz przedstawiający Włodzimierza Iljicza Lenina.

Władza musiała przecież popierać twórczość ludową. „Jedna ze starych malarek poproszona została o namalowanie czegoś na temat Lenina. Nie wiedziała, o co chodzi. Po wyjaśnieniu zrozumiała, że chodzi o dobrego człowieka i namalowała Lenina modlącego się do Matki Boskiej”.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje