Reklama

Gang jednonogich morderców. Jak udało im się zabić tylu ludzi?

Gang jednonogich morderców bezlitośnie truł swoje ofiary /domena publiczna

Polska - kraj grzybiarzy i wielu ofiar

Dziś znamy już o członków jednonogiej szajki trochę lepiej. Wiemy na przykład, że nie powinno się ich w ogóle podawać dzieciom do 7. roku życia. Ryzyko jest zbyt wielkie - umiera nawet co drugie zatrute grzybem dziecko! - a wartości odżywcze, jak twierdzi większość specjalistów, niskie.

Reklama

Jest tak jednak od niedawna. Jeszcze w 1918 roku na leśne skarby patrzono inaczej. Uznawano je za urozmaicenie diety i każdy cieszył się, mogąc skosztować dobrego gulaszu z ich dodatkiem. Tak było przynajmniej w jednej ze szkół niedaleko Poznania. Właśnie w roku odzyskania niepodległości podano tam dzieciom na stołówce danie z grzybami. W tamtych czasach nie było miejsca na wybrzydzanie. A szkoda...

Okazało się, że w posiłku znalazły się muchomory zielonawe (sromotnikowe). Jest to gatunek silnie trujący i nawet dziś pechowi smakosze często umierają po kontakcie z jego przedstawicielami. Grozi im uszkodzenie wątroby i innych narządów ciała. Znajdujących się pod kapeluszem toksyn nie da się pozbyć. Gotowanie, suszenie, marynowanie - nic nie pomoże! Co gorsza, objawy są widoczne dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

W relacjach na temat tragicznego wypadku brakuje szczegółów. Możemy się jedynie domyślać, co dokładnie działo się z 31 osobową grupą uczniów. Męczyły ich zapewne zawroty głowy, nudności, wymioty i krwawe biegunki. Mogli też mieć silne problemy z krążeniem. Wszelka poprawa - jeśli już do niej doszło - okazywała się złudna. Ostatecznie wszyscy zmarli.

Nie był to jedyny przypadek zatrucia z dwudziestolecia międzywojennego, który przeszedł do historii. W sierpniu 1927 roku "Gazeta Polska" donosiła o innym, tym razem rodzinnym dramacie. Informacja była na tyle ważna, że pojawiła się na pierwszej stronie! Otóż mieszkający w Poznaniu emerytowany chorąży, Stanisław Sobkowiak, zebrał grupę kapeluszników po drodze z kościoła. Myślał, że ma dużo szczęścia.

Małżonka byłego wojskowego z trudem dała się przekonać, że ma przed sobą pieczarki. Jej podejrzenia budził fakt, że zdobyczne przysmaki nie miały charakterystycznego zapachu ani nawet różowawych blaszek. Ojciec rodziny był jednak nieugięty.

Małżeństwo zjadło przygotowany z grzybów posiłek w samo południe, część zostawiając dla trójki swoich pracujących już dzieci. 23-letnia Leokadia zjadła niewiele, dbając o to, by jedzenia nie zabrakło dla jej młodszych braci - Miecia lat 16 i Tadzia lat 20.

Przez resztę dnia nieszczęsna familia czuła się dobrze, choć ich los był przesądzony. Boleści zbudziły rodziców o północy, a dzieci wczesnym rankiem. Wtedy wezwano lekarza, który wprawdzie zrobił im "wypompowanie żołądków", ale nie uznał za słuszne, by ich hospitalizować. Krewni robili, co mogli, by mimo to umieścić nieszczęsną piątkę w różnych szpitalach. Gdy im się w końcu udało, na ratunek dla większości było już niestety za późno. Jak raportowała prasa:

"Śmierć następowała po kolei. Pierwszy, ok. 11 zmarł Mieczysław, około godz. 22 zmarł Tadeusz, o godz. 23.00 zmarł 51-letni ojciec Stanisław, a (...) rano po godz. 3 zmarła 44-letnia matka Stanisława S."

Przeżyła tylko Leokadia, która zjadła zaledwie 2-3 łyżki feralnego dania.

Okolice Poznania wydają się szczególnie nieszczęśliwe, jeśli chodzi o działalność leśnych morderców. "Kurjer Poznański" z 31 sierpnia 1934 roku donosił: "Mnożą się w ostatnich dniach zatrucia grzybami. Wypadki są tak groźne i tak liczne, że nazwaćby je można po prostu straszną epidemią".

Przywoływany jest między innymi przykład wielodzietnej rodziny z Naramowic. Zatruli się tam wszyscy poza matką, która nie jadła zdradliwych przysmaków. Do szpitala w ciężkim stanie trafili 10-letni Tadeusz, 7-letni Zenon, 4-letni Włodzimierz i 3-letnia Aleksandra. Wkrótce dołączył do nich także ojciec.

Ciekawostki Historyczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje