Reklama

Francuski łącznik i narkotykowe imperium: Jak heroina płynęła do USA?

Marsylia stała się kanałem przerzutowym dla handlarzy narkotyków chcących dostarczyć swój towar do Stanów Zjednoczonych (kadr z filmu "Marsylski łącznik") /materiały prasowe

Przez kilkadziesiąt lat port w Marsylii był centrum międzynarodowego handlu heroiną.

Reporter marsylskiej bulwarówki w końcu dotarł pod adres wskazany przez informatora. Zrujnowana kamienica wyglądała na opuszczoną, ale solidne stalowe drzwi dawały nadzieję, że jednak nie został oszukany. Mężczyzna czujnie rozejrzał się po ciemnej uliczce, chyba nikt go nie śledził. Załomotał w drzwi umówionym sygnałem. Otworzył mu jakiś osiłek, który przez dłuższą chwilę podejrzliwie mu się przyglądał.

W końcu bez słowa wpuścił dziennikarza do środka. Przybysz natychmiast skierował się w stronę piwnicy. Gdy zszedł po schodach, znalazł się w obskurnym pomieszczeniu. Panował w nim półmrok, płomienie świec nie były w stanie rozświetlić kłębów gęstego dymu wydmuchiwanego przez leżących na materacach mężczyzn. Niektórzy już stracili kontakt z rzeczywistością i zastygając w najdziwniejszych pozycjach, oddawali się błogiej rozkoszy.

Reklama

Inni niespiesznie zaciągali się długą fajką. Po chwili ich wzrok stawał się mętny, mięśnie wiotczały, a na twarzach odmalowywały się spokój i spełnienie. Pismak uśmiechnął się szeroko. Wyjął z kieszeni notes i zaczął zapisywać pierwsze wrażenia z wizyty w palarni opium.

W połowie XIX stulecia podobne miejsca można było znaleźć w wielu europejskich miastach. Ale moda na narkotyki pojawiła się już na początku "wieku pary". Początkowo największą popularnością wśród użytkowników cieszyła się morfina wyodrębniona w roku 1804 przez Friedricha Sertürnera.

Kilka dekad później na salony wkroczyła kokaina, którą po raz pierwszy wyekstrahował z koki Albert Niemann w 1860 roku, a następnie opium oraz heroina zsyntetyzowana w 1874 roku. Mało kto wówczas wiedział, że zażywanie prochów przynosi katastrofalne skutki zdrowotne. Dostęp do narkotyków był praktycznie nieograniczony, więc liczba uzależnionych rosła w zastraszającym tempie.

Pod koniec XIX wieku nad Bosforem wytwarzano 100 t opium rocznie, a w Indiach - nawet 10 razy więcej! W tamtym okresie w niektórych krajach produkcja i handel narkotykami stanowiły niemałą część przychodów skarbu państwa. Szansę na czerpanie profitów z nielegalnej sprzedaży substancji psychoaktywnych dostrzegli także gangsterzy.

Jednak dopiero gdy na obrót prochami nałożono prawne restrykcje, bandyci utworzyli podziemny rynek i zaczęli zarabiać krocie. Początkowo prym w nowej dziedzinie przestępczej działalności obecnie zwanej narkobiznesem wiodły szajki z Francji.

Narkotykowy szlak

Na przełomie XIX i XX wieku największy zysk dawał szmugiel opium i heroiny z Indochin - francuskiej kolonii w Azji obejmującej dzisiejszy Laos, Wietnam i Kambodżę. W 1898 roku gubernator Wietnamu wpadł na pomysł, by na południu kraju stworzyć państwowy monopol na uprawę maku. W efekcie w Sajgonie powstało centrum rafinowania opium; potem wyekstrahowaną z roślin substancję sprzedawano firmom farmaceutycznym, które wykorzystywały ją do wytwarzania leków uśmierzających ból. Zysk był kolosalny - stanowił ponad 30 proc. dochodów prowincji!

Okres prosperity skończył się w 1912 roku po międzynarodowej konferencji w Hadze, na której największe mocarstwa sygnowały konwencję ograniczającą produkcję i handel opium. W kolejnych latach na czarną listę trafiły następne środki odurzające, ale uprawa maku wciąż była niezwykle intratna. Indochiny nie miały zamiaru rezygnować z dochodowego interesu, zresztą już wkrótce mało kto się przejmował podpisanym w Hadze memorandum - wybuch I wojny światowej spowodował, że potrzeba było olbrzymich ilości środków przeciwbólowych dla rannych żołnierzy.

Wietnamskie magazyny były regularnie łupione przez gangsterów. To właśnie stamtąd wiódł narkotykowy szlak opium, którego ostatnim punktem była Marsylia, jeden z najbardziej ruchliwych portów w basenie Morza Śródziemnego. W tajnych laboratoriach ukrytych przed oczami policji przestępcy przerabiali sok z makówek (tzw. mleczko makowe) na heroinę. W jaki sposób trafiał do nich drogocenny płyn? Otóż bandyci korzystali z usług marynarzy pełniących służbę na francuskich statkach kursujących na trasie Sajgon-Marsylia. Mundurowi nie byli w stanie kontrolować ogromnej ilości łodzi wypływających w morze.

Przemycony na Stary Kontynent towar rozprowadzały głównie korsykańskie gangi. Niedługo później na ulicach Marsylii narkotyki były tańsze niż w Wietnamie, a port stał się największym eksporterem finalnego produktu - heroiny. Zbiry rosły w siłę, i to nie tylko dzięki pieniądzom zarobionym na narkotykach wysyłanych m.in. za ocean, np. do Ameryki.

Na początku ubiegłego stulecia w Stanach Zjednoczonych nastąpił gwałtowny rozwój przestępczości zorganizowanej. Kryminaliści w Europie byli pod wrażeniem mafijnych struktur utworzonych w USA przez Ala Capone i Charles’a "Lucky" Luciano. Postanowili przeszczepić te "wzorce" na grunt europejski.

Jednymi z pierwszych byli Paul Carbone i François Spirito. Obaj opryszkowie zaczynali od sutenerstwa, ale z czasem stanęli na czele korsykańskiego gangu, który trząsł podziemiem w Marsylii. Wśród zasad obowiązujących członków szajki, jedną z najważniejszych była zmowa milczenia, przypominająca sycylijską omertę.

To właśnie dlatego policjanci nie potrafili przyskrzynić przywódców bandy ani rozbić podległych im struktur. Pierwszy sukces w walce z narkobiznesem mundurowi odnotowali dopiero w latach 30. ub. wieku, gdy w pobliżu Marsylii odkryli sześć laboratoriów wytwarzających heroinę. Niewiele to zmieniło. Tajna produkcja na masową skalę trwała w najlepsze i w następnych latach USA zostało wręcz zalane narkotykiem z Europy. Punkty odbioru "białej śmierci" znajdowały się również w innych krajach: transporty docierały do Montrealu, stolicy Meksyku oraz do Buenos Aires. Co ciekawe, jedną z przyczyn rozkwitu nielegalnego handlu narkotykami był... koniec prohibicji w USA.

Przez kilkanaście lat obowiązywania zakazu sprzedaży, produkcji i transportu alkoholu w Stanach tamtejsze grupy przestępcze czerpały kolosalne zyski z pokątnej dystrybucji wysokoprocentowych trunków. Jednak 5 grudnia 1933 roku nielegalne źródełko wyschło. Odtąd wódkę można było kupić legalnie. Upadły sekretne bary, gdzie kwitło życie towarzyskie, a alkohol lał się strumieniami.

Dostawcy i przemytnicy stracili zajęcie, jak grzyby po deszczu rosły legalne destylarnie alkoholu. Spadły zyski gangsterów. Dlatego włoscy mafiosi postanowili zmienić branżę: przerzucili się na narkotyki, które w USA do tej pory były domeną gangów żydowskich i chińskich. Z krwawych starć band rywalizujących o opanowanie czarnego rynku zwycięsko wyszedł "Lucky" Luciano i zorganizował siatkę dilerów.

W krótkim czasie popyt na narkotyki wzrósł tak bardzo, że bandyci z Marsylii nie nadążali z wysyłką prochów za ocean. Lecz przed gangsterami z Francji otwarły się nowe możliwości w Turcji. Tam, nad Bosforem, na olbrzymich polach rosły nieprzebrane ilości maku. Podobnie jak wcześniej w Indochinach rolnicy uprawiali roślinę, którą następnie skupywały największe firmy farmaceutyczne świata i wykorzystywały do produkcji leków.

Jednak wielu wieśniaków sprzedawało gangom część swoich zbiorów. Francuzi nawiązali współpracę z szajkami z Armenii i Algieru, które na miejscu pilnowały interesu. W efekcie surowiec transportowano do Marsylii, gdzie był przerabiany w laboratoriach, a potem wysyłany do USA. Początkowo na statkach płynęło opium, a gdy pojawiła się nowa moda - heroina.

Najczystsza hera na rynku

Po II wojnie światowej policjanci i żandarmi zaczęli bardziej skrupulatnie kontrolować statki wypływające z Marsylii. 18 marca 1947 roku czołówki gazet nad Sekwaną zajęła informacja o przechwyceniu 13 kg heroiny ukrytej na liniowcu St. Tropez. Także w następnych miesiącach przechwytywano trefne transporty, lecz były one znacznie mniejsze. Dopiero w 1949 roku mundurowi odnieśli większy sukces. Odkryli blisko 23 kg opium i heroiny, przewożonych na pokładzie francuskiego statku Batista.

W tym czasie pierwszy herszt marsylskiego półświatka już nie żył - Paul Carbone zginął w wypadku kolejowym 16 grudnia 1943 roku. Z kolei François Spirito już od kilku lat mieszkał w Stanach, gdzie nadzorował odbiór towaru wysyłanego "francuskim łącznikiem" - tak ochrzczono bowiem kanał przerzutowy z Marsylii. Gdy we francuskim podziemiu rządy przejął Antoine Guérini, któremu pomagało trzech braci: Barthelemy, François oraz Pascal, bandyci stworzyli Unione Corse.

Nowo powstała tajna organizacja zmonopolizowała handel prochami nad Sekwaną. Sok z makówek pozyskiwano wówczas już nie tylko z Turcji, ale także z innych krajów Bliskiego Wschodu, m.in. z Libanu. Dzięki powiązaniom z mafią sycylijską oraz współpracy z gangami amerykańskimi "francuski łącznik" stał się najbardziej dochodowym interesem narkotykowym w Europie.

Marsylski towar cieszył się olbrzymią popularnością za oceanem. Nie dość, że był stosunkowo tani, to jeszcze wysokiej jakości. Działka narkotyku zawierała aż 98 proc. czystej heroiny, tymczasem zwykle sprzedawano tam proszek mający od 60 do 70 proc. heroiny. Niebywała czystość była zasługą znakomitych chemików zatrudnianych przez francuskich mafiosów. Najlepszy z nich - Joseph Cesari - zapracował w przestępczym środowisku na ksywkę "Pan 98 Procent" z racji wytwarzania doskonałego produktu.

Interes kwitł w najlepsze. Ale jak to możliwe, że policjanci nie potrafili dopaść handlarzy śmiercią?

Śledztwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje