Reklama

Fotograf najbliższy wojennej tragedii

Dokładnie 56 lat temu, 25 maja 1954 r., Robert Capa był tam, gdzie jego miejsce: na wojnie, z aparatem fotograficznym. Pionier nowoczesnej fotografii wojennej wszedł na minę, kiedy dokumentował natarcie francuskich żołnierzy w Indochinach. Zginął, kiedy podszedł zbyt blisko wydarzeń, które utrwalał na kliszy.

Pochodzący z rodziny zlaicyzowanych węgierskich żydów Robert Capa, który tak naprawdę nazywał się Endre Erno Friedmann, od zawsze chciał być pisarzem. W 1931 r. osiemnastoletni Endre przeniósł się z Budapesztu do Berlina, gdzie rozpoczął studia z zakresu nauk politycznych. Tam też miał pierwszy kontakt z fotografią, która tak go wciągnęła, że zupełnie zapomniał o pisarstwie.

Reklama

Genialny samouk

Endre nauczył się fotografować metodą prób i błędów. Pierwsze zdjęcia wywoływał w laboratorium fotograficznym wydawnictwa Ullstein, w którym pracował jako asystent laboranta. Niedługo później zatrudnił się na stanowisku pomocnika fotografa w agencji prasowej Dephot. Jej właściciel, Simon Guttman, bardzo szybko dostrzegł u Węgra dobre oko, pożyczył mu aparat marki Leica i wysłał dziewiętnastoletniego Endre do Kopenhagi, gdzie fotografował on przemawiającego na zjeździe komunistów Lwa Trockiego.

Po dojściu Hitlera do władzy Endre uciekł do Paryża. Poznał tam, pracujących dla agencji: Alliance Photo, Henriego Cartier-Bressona, Dawida Szymina (znanego również jako David Seymour czy "Chim") oraz Gertę Pohorylle (znaną bardziej jako Gerda Taro). Ta trójka na zawsze odmieniła jego życie, tak zawodowe, jak i prywatne.

Endre, wraz z Cartier-Bressonem i Szyminem, założył później agencję Magnum, natomiast Gerta została jego partnerką. Zanim się to stało, Endre Erno Friedmann przyjął pseudonim artystyczny Robert Capa ("capa" po węgiersku oznacza "rekin" - przyp. red.) i udawał niezależnego amerykańskiego fotografa. Dopiero po kilku latach wyszło na jaw, że Robert Capa i Endre Friedmann, to jedna i ta sama osoba.

Sfałszowana ikona fotografii?

Znakomite zdjęcia z wojny domowej w Hiszpanii, którą Capa dokumentował od 1936 do 1939 r., przyniosły młodemu fotografowi sławę i uznanie w paryskim światku fotograficznym.

Do najsławniejszych jego ujęć z Hiszpanii należy zdjęcie zatytułowane "Upadek żołnierza". Fotografia przedstawia upadającego partyzanta i została zrobiona 5 września 1936 r. w okolicach Cerro Muriano. Capa nacisnął spust migawki dokładnie w chwili, gdy żołnierza dosięgła śmiertelna kula.

Do dziś nie ma końca dysputom na temat tego obrazu. Wielu badaczy twierdzi, że sytuacja uchwycona w kadrze została przez fotografa zaaranżowana. Inni zastanawiają się natomiast, czy partyzant rzeczywiście został trafiony, a nawet - czy zginął na wojnie... Mimo wielu takich opinii, "Upadek żołnierza" uważany jest za jedną z ikon nowoczesnej fotografii wojennej.

Tylko 11 zdjęć przetrwało

Gdy wybuchła II wojna światowa, Capa był w Nowym Jorku. Otrzymał wtedy amerykańskie obywatelstwo na nazwisko Robert Capa po tym, jak zawarł pro forma ślub z Amerykanką.

Już jako obywatel USA fotografował działania wojenne i codzienne życie w ogarniętej konfliktem Europie. Był wtedy jedynym fotografem z kraju walczącego z Niemcami, który przebywał na terenach znajdujących się pod jurysdykcją III Rzeszy i państw osi.

Swoje najsłynniejsze zdjęcia zrobił Capa podczas desantu aliantów na plażach Normandii. 6 czerwca 1944 r. wylądował na plaży Omaha, gdzie trwały ciężkie walki, jako fotograf pracujący dla magazynu "Life". Naświetlił dwie rolki filmu i wrócił na pokładzie barki desantowej na aliancki okręt. Filmy natychmiast popłynęły do Londynu.

Niestety, podczas wywoływania jeden z laborantów niechcący je uszkodził. Tak spieszył się z suszeniem, że je przegrzał. Na skutek tego zachowało się tylko 11 zdjęć autorstwa Capy z D-Day . "Life" wydrukował dziesięć z nich i opatrzył komentarzem, że są lekko poruszone, bowiem fotograf był "bardzo podekscytowany". Sam Capa, kilka lat później, zdecydowanie temu zaprzeczył.

Zobacz najsłynniejsze zdjęcia Roberta Capy:

Po drugiej wojnie światowej Capa, który mówił, że ma nadzieję, iż "pozostanie bezrobotnym fotografem wojennym do końca życia", znów wyjechał dokumentować konflikty.

Za swój najlepszy materiał, jaki kiedykolwiek udało mu się zrobić, uważał zdjęcia z I wojny izraelsko-arabskiej, podczas której został ranny. Natomiast fotografie jego autorstwa, przedstawiające trzech chorych na jaglicę ślepców prowadzonych przez dziewczynkę, stała się ikoną ilustrującą historię powstania państwa izraelskiego.

Romans i wojna

Warto pamiętać, że Robert Capa nie zajmował się tylko fotografią wojenną. Wykonywał też portrety sławnych osób: Pablo Picassa, Ernesta Hemingway'a, Johna Steinbecka czy Ingrid Bergman. Z aktorką, oprócz fotografii, łączył go także płomienny romans.

W 1950 r. Capa dostał od magazynu "Life" propozycję zilustrowania konfliktu w Indochinach. Zgodził się, choć od kilku lat zarzekał się, że na żadną wojnę nie pojedzie. Kiedy rankiem 25 maja 1954 r. obiecywał, że "nie będzie obrażał kolegów i ani razu nie wspomni o swoim geniuszu", nawet nie przypuszczał, że niespełna osiem godzin później zginie.

Capa, razem z dziennikarzami magazynu "Time", przyglądał się ofensywie francuskich żołnierzy w okolicach Thai Binh. Znudzony, wysiadł z jeepa, w którym siedział razem z Amerykanami z "Time'a", i szybkim krokiem poszedł wałem, by wyprzedzić oddział napierających Francuzów i zrobić im zdjęcie od przodu. Nie zdążył. Wybuch miny urwał mu lewą nogą i poważnie uszkodził korpus. Przytomnego Capę, z aparatem w ręce, przetransportowano do szpitala polowego, gdzie zmarł.

Robert Capa zginął stosując się do rady, jakiej udzielał innym fotografom: "Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to nie jesteś dostatecznie blisko". Dziś jest to wciąż naczelna zasada fotodziennikarstwa.

Tutaj zobaczysz najlepsze zdjęcia Roberta Capy

Marcin Wójcik

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: robert | fotograf

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje