Reklama

Eugeniusz Łazowski. Wywołał epidemię, by ocalić ludzi

Kwarantanna w getcie warszawskim. Niemieckie zdjęcie propagandowe z maja 1941 roku /Bundesarchiv /domena publiczna

Ratowanie życia w czasie wojny to szczytny cel – szczególnie, jeśli ratuje się nie tylko swoje. Eugeniusz Łazowski, młody lekarz z Częstochowy, znalazł zadziwiająco skuteczną metodę odstraszenia agresorów…

Reklama

Kiedy Eugeniusz Łazowski kończył studia, wybuchła II wojna światowa. Przydzielono go do Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza, wskazano pociąg sanitarny i wysłano do Brześcia nad Bugiem. Walczył - najpierw z Niemcami, później z Sowietami; dostał się do niewoli, ale udało mu się uciec z transportu jadącego na Syberię. Później aresztowali go Niemcy, trafił do obozu jenieckiego i z niego również uciekł. Łazowski był na tyle sprawnym uciekinierem, że jeszcze w listopadzie 1939 roku wziął ślub ze swoją narzeczoną Marią Tołwińską, z którą następnie wyjechał do Rozwadowa w pobliżu Stalowej Woli - tu zamierzali przeczekać wojnę. Dla młodego lekarza był to jednak dopiero początek wojennych perypetii...

Postrach Niemców

W czasie II wojny światowej, niemieccy żołnierze bali się tyfusu - możliwe, że nawet bardziej, niż kul. Choroba występująca stosunkowo częściej na terenie Polski atakowała przybyszów z zachodu, którzy nie byli na nią naturalnie uodpornieni. Tyfus, powodowany przez bakterię Rickettsia prowazekii, jest roznoszony przez wszy. To oznacza, że rozprzestrzenia się łatwiej w złych warunkach sanitarnych. Wojna dla takich bakterii jest rajem, a zarażone oddziały do niczego się nie nadają...

Reklama

Do wykrywania zakażenia tyfusem używało się wówczas testu Weila-Felixa, opracowanego jeszcze w 1916 roku. Test ten wykorzystuje fakt, że bakterie Rickettsia prowazekii reagują z antygenem otrzymywanym z niegroźnych dla człowieka bakterii Proteus vulgaris, znanych również jako OX 19 Ag. Takiej metody, mimo opracowanych już bardziej specyficznych testów, używa się jeszcze dziś, tam, gdzie wymagają tego względy ekonomiczne.

Doktor Stanisław Matulewicz, kolega Łazowskiego, jeszcze przed wybuchem wojny zauważył, że metodę Weila-Felixa można łatwo oszukać. Jeśli bakterie Proteus vulgaris znajdą się w krwiobiegu badanego, to wynik badania będzie pozytywny, a pacjent pozostanie zdrowy. Ten fakt postanowił wykorzystać Łazowski...

Walka metodą lisa

Razem z Matulewiczem, Łazowski zaczął szczepić mieszkańców okolic Stalowej Woli bakteriami Proteus vulgaris. Wybierał tych, którzy przejawiali jakiekolwiek objawy chorobowe, by uwiarygodnić swój fortel. Bojąc się dekonspiracji, nie poinformował o swoich zamiarach nawet samych pacjentów! Dodatkowo, by uniknąć zbyt dużej uwagi ze strony okupantów, działający w ukryciu medycy przypisywali część szczepionych osób innym okolicznym lekarzom.

Wyniki testu Weila-Felixa, zgodnie z oczekiwaniami, wykazały reakcję charakterystyczną dla zarażonych bakteriami Rickettsia prowazekii. Łazowski wysłał próbki do laboratorium pod kontrolą Niemców, by ci mogli na własne oczy ujrzeć rozmiar "epidemii". Dzięki temu zabiegowi, około 8000 osób z 12 okolicznych miasteczek zostało objętych kwarantanną, unikając zesłania do obozów pracy.

Niestety, działanie Łazowskiego nie mogło trwać zbyt długo. W końcu, kiedy w 1943 roku śmiertelność mieszkańców okolic Stalowej Woli pozostała na stałym, normalnym poziomie, Niemcy zaczęli podejrzewać podstęp. Miejscowy szef gestapo poinformował odpowiednie organy i w kierunku wiosek wyruszyła komisja oraz oddział wojska.

Ciekawostki Historyczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje