Reklama

Eddie "Orzeł" Edward. Legendarny skoczek, który niczego nie wygrał

Eddie Edwards w 1986 roku. Stał się wówczas ikoną skoków, choć ledwie łapał się do konkursowej "50" /Rex Features /East News

Kiedy w 1988 roku w kanadyjskim Calgary Eddie "Orzeł" Edwards pojawił się na najważniejszej imprezie czterolecia, wzbudził skrajne emocje. Kibice go uwielbiali. Działacze – niekoniecznie. Brytyjczyk doprowadził bowiem do sytuacji, w której najsłabszy sportowiec cieszył się większym wzięciem niż wielki mistrz. Ale historia Edwardsa to nie tylko ciągłe lądowanie na buli. "Orzeł" udowodnił, że można spełnić marzenia.

Zamieszkałe przez sto tysięcy ludzi Cheltenham jest znane z naturalnych wód alkalicznych. Przez cały rok do tamtejszych Town Hall lub Pittville Pump Room przyjeżdżają turyści, by na własnej skórze przekonać się o ich cudownych właściwościach. Ale Cheltenham to nie tylko wody. Miasto dało światu Briana Jonesa - założyciela i pierwszego lidera kultowej kapeli muzycznej The Rolling Stones, a wcześniej Edwarda Adriana Wilsona - badacza i podróżnika.

Reklama

5 grudnia 1963 roku na świat przyszedł kolejny obywatel tej miejscowości. Przez kilka lat nic nie zapowiadało, że to on zostanie najsłynniejszym mieszkańcem Cheltenham. Nazywał się Michael Thomas Edwards i w przyszłości miał podbić serca kibiców skoków narciarskich.

"Jeszcze kiedyś ich dogonię"

Calgary. 14 lutego 1988 roku. Trwał konkurs olimpijski na skoczni normalnej (K-89). Na belce pojawia się kolejny zawodnik. Inny niż pozostali: sylwetką nie przypominał skoczka narciarskiego - po prostu był za gruby. Do tego na jego nosie spoczywały wielkie okulary. Spikerka odczytuje: "Oznaczony numerem 24! Michael Edwards!".

W tym momencie publiczność zaczyna klaskać i krzyczeć. Zachowuje się tak, jakby miała zobaczyć występ największego idola, pierwszoplanowej gwiazdy dyscypliny. Doping wzmaga się, kiedy Brytyjczyk rusza. Układa ciało w coś na kształt pozycji dojazdowej, nabiera prędkości i hop! Już jest w powietrzu. Jego lot jest niepewny, ręce kręcą się w przód, a narty bezwładnie falują. Ląduje. Odległość 55 metrów jest najkrótszą, jaką widzowie obejrzeli tego dnia, ale głosy zachwytu nie milkną. W drugiej serii - to samo. I odległość, i atmosfera towarzysząca występowi Edwardsa są wyjątkowe.

Osiem dni później zmagania przenoszą się na duży obiekt (K-114). Edwards, jak to zwykle bywa, jest ostatni, ale to do niego i do zwycięzcy Mattiego Nykänena ustawiają się kolejki dziennikarzy. Fin, zdobywając w Calgary trzy złote medale olimpijskie, tylko przypieczętował status legendy skoków narciarskich. Eddie umocnił wizerunek maskotki-marzyciela, dla którego start na igrzyskach był największym spełnieniem:

"To najpiękniejszy dzień w moim życiu. Kanadyjska publiczność przyjęła mnie fantastycznie. Jeszcze nie mogę uwierzyć, że zostałem olimpijczykiem. Wcale nie martwi mnie też to, że moja nota za obydwa skoki jest niższa od każdego z moich rywali za jeden. Skaczę dopiero od dwóch lat i jeszcze kiedyś ich dogonię".

Nie dogonił. Po konkursach olimpijskich z 1988 roku działacze FIS zdecydowali się wprowadzić system kwalifikacji. Chcieli w ten sposób uniknąć sytuacji, w której słabeusz wzbudza większe zainteresowanie i sympatię niż najlepsi. Eddie nie poradził sobie z kwalifikacyjnym sitem. Nie oznacza to jednak, że ze skoków zrezygnował.

Czytaj też: Ski, łyże czy narty? Początki narciarstwa w Polsce

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz!

Ciekawostki Historyczne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje