Reklama

Człowiek, który wkradł się do Auschwitz

- Auschwitz było miejscem niemożliwym do opisania. Nie było tam ptaków, pszczół ani motyli. Drzewa nie miały liści, a trawa była szara. Myślałem, że nawet Bóg się obraził na to miejsce. Było tam samo zło. Każdego dnia widziałem, jak ludzie byli zabijani. Postanowiłem coś z tym zrobić - mówi portalowi INTERIA.PL Denis Avey, który mundur żołnierza zamienił na pasiak więźnia i przedostał się do obozu Auschwitz III-Monowitz.

Denis Avey wstąpił do brytyjskiego wojska w 1939 roku. Walczył w Afryce Północnej w szeregach 7. Dywizji Pancernej, czyli słynnych Szczurów Pustyni. Ranny, trafił do niewoli. Wielokrotnie uciekał z obozów jenieckich, aż w końcu umieszczono go w jenieckim obozie pracy E715 w Monowicach, położonym niedaleko kompleksu obozów Auschwitz. By zostać świadkiem bestialstwa nazistów zrezygnował z ochrony, jaką dawał mu mundur żołnierza. Przebrany w pasiak żydowskiego więźnia dwukrotnie wkradł się do obozu Auschwitz III - Monowitz. W uwłaczających warunkach żyli tam, skazani na powolną śmierć, więźniowie pracujący na budowie zakładu IG Farben.

Reklama

Denis Avey przeżył również tragiczny marsz śmierci, w który przerodziła się ewakuacja tysięcy więźniów przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Po długiej wędrówce przez Europę Środkową Avey w końcu wrócił do ojczyzny. Przez wiele lat nie był jednak w stanie mówić o bolesnych wydarzeniach z przeszłości dręczących go w sennych koszmarach. Swoją historię spisał, z pomocą dziennikarza BBC Roba Broomby'ego, w książce "Człowiek, który wkradł się do Auschwitz".

Marcin Wójcik, INTERIA.PL: Jak pachną palące się zwłoki?

Denis Avey: - Zapach jest słodki i tak strasznie mdły, że człowiekowi robi się niedobrze. W Auschwitz smród był tak okropny, że nawet teraz, kiedy o tym myślę czuję się gorzej. Ten zapach był niesamowicie intensywny, bo ciała były palone cały czas. Dzień za dniem, godzina za godziną. Podobno nawet ludzie w Katowicach, które leżą około 40 km od Auschwitz, skarżyli się na smród. Wszyscy więc dokładnie wiedzieli, co tak strasznie śmierdzi. Wiedzieli, co się dzieje w Auschwitz.

Skoro wszyscy wiedzieli, po co pan ryzykował własne życie i wkradł się do obozu Auschwitz III - Monowitz?

- Byłem w jenieckim obozie pracy E715 w Monowicach niedaleko Auschwitz przez 18 miesięcy. Uwierz mi, Auschwitz było miejscem niemożliwym do opisania. Nawet przyroda się stamtąd wyniosła. Nie było ptaków, pszczół ani motyli. Drzewa nie miały liści, a trawa była szara. Myślałem, że nawet Bóg się obraził na to miejsce. Było tam samo zło. To było piekło. Każdego dnia widziałem, jak ludzie byli wykorzystywani, poniżani i zabijani.

- Postanowiłem coś z tym zrobić. Chciałem być naocznym świadkiem tego bestialstwa. Chciałem zobaczyć, w jakich warunkach żyją więźniowie, co jedzą i gdzie śpią. Chciałem zobaczyć jak są traktowani wewnątrz swojego obozu, pomimo tego, że dobrze wiedziałem, iż wielu z nich trafiło do komór gazowych i zostało skremowanych. W końcu chciałem też poznać nazwiska oficerów SS i kapo. Zrobiłem to i wiedziałem wszystko.

Jak pan trafił do Auschwitz?

- W Afryce zostałem ranny i trafiłem do niemieckiej niewoli. Przetransportowano mnie do szpitala w Bengazi. Kiedy mój stan się poprawił i kiedy ruszyła brytyjska ofensywa, załadowano mnie na statek transportowy. Był już pełen więźniów. Płynęliśmy do Włoch, jednak na środku Morza Śródziemnego statek został storpedowany. Udało mi się wydostać z tonącej jednostki. Byłem w wodzie 20 godzin, dryfowałem. W końcu dopłynąłem do Grecji, gdzie kolejny raz zostałem złapany i przewieziony do Włoch.

- Nie byłem dobrym więźniem i wiele razy uciekałem z obozu jenieckiego. Gdy kolejny raz mnie złapano, wsadzono mnie do pociągu i wywieziono do Niemiec. Trafiłem do obozu dla rosyjskich jeńców wojennych. To było podłe miejsce. Rosjanie nie mieli praktycznie żadnych ubrań i nie mieli co jeść. Kiedy któryś z nich umarł, nie grzebali go tylko trzymali w baraku, by został on policzony i wydano dla niego rację żywnościową. Szczury były tam wielkie jak koty, miały niesamowitą pożywkę na zwłokach. Smród był nie do opisania. Pracowałem z Rosjanami w kopalni. Oni nie mieli butów, więc któregoś dnia dwóch Rosjan odcięło z pasa transmisyjnego fragment gumy, by chronić swoje stopy. Niemcy to zobaczyli i uznali za akt sabotażu. Postawili 11 z nas, którzy tam pracowali, pod ścianą. Zastrzelili tylko pięciu. Mnie wzięto na przesłuchania, które trwały kilka dni. Nie wiem dlaczego. Potem zostałem wysłany do Auschwitz, do obozu jenieckiego E715 w Monowicach.

Co jeńcy wojenni tam robili?

- Pracowaliśmy w fabryce IG Farben, a dokładniej na budowie tej fabryki. To był olbrzymi obszar o powierzchni 5 km kwadratowych. Niemcy próbowali wytwarzać tam bunę - kauczuk syntetyczny. Hitler desperacko potrzebował gumy i w 1941 r. rozpoczęto budowę tej fabryki. Zakładano, że produkcja ruszy w 1943 r., ale dzięki naszym wysiłkom - sabotażom oraz biernej postawie - ani jeden kilogram kauczuku nie został tam nigdy wyprodukowany.

- Paraliżowaliśmy pracę fabryki IG Farben, bo wiedzieliśmy o komorach gazowych i krematoriach. Życie więźnia w tej fabryce w najlepszym przypadku trwało trzy - cztery miesiące. Prawie nie mieli czego jeść. A to, co im dawali, to nie była zupa, to była jakaś papka ze śmieci, gnój. Więźniowie musieli oczywiście bardzo ciężko pracować przez 12 godzin na dobę, codziennie.

- W mojej opinii, w trakcie mojego półtorarocznego pobytu w Auschwitz, w IG Farben zamordowano 20 tys. "pasiaków", jak nazywałem więźniów. Byli oni ciągle poniżani i wykorzystywani. Byłem strasznie poruszony ich sytuacją. My, jeńcy, musieliśmy z nimi pracować, ale gdyby Niemcy zobaczyli, że rozmawiamy, zastrzeliliby ich. Musieliśmy być bardzo, bardzo ostrożni.

To wtedy postanowił pan przedostać się do obozu? Jak pan to zrobił?

- Tak. Na jedną noc zamieniłem się ubraniami z pewnym więźniem - holenderskim Żydem. Nazywałem go Hans. Był mojego wzrostu i podobnej budowy. Przez wiele tygodni rozmawiałem z nim w IG Farben starając się wysondować go, czy zrobi to, o co go proszę. Zgodził się. Przez jedną noc mógł być spokojny o swoje życie. Mógł spać w cieple i liczyć na więcej jedzenia, niż zwykle dostawał. W sprawę wtajemniczyłem bardzo niewiele osób - Hansem w obozie jenieckim zajęli się dwaj moi koledzy. Tak samo było ze mną w obozie więźniów - opiekowali się mną koledzy Hansa. Dostali za to papierosy, za które można było w Auschwitz kupić wszystko. Zanim poszedłem do obozu z więźniami, ogoliłem głowę i uczyłem się wszystkiego, co powinienem robić jako więzień, m.in. anemicznego sposobu poruszania się. W ten sposób wszedłem do Auschwitz III - Monowitz dwukrotnie.

Co pan tam zobaczył?

- Kiedy więźniowie kończyli pracę w IG Farben zabierali ze sobą tych, którzy zmarli lub zostali zastrzeleni na placu budowy w ciągu dnia. Wnosiliśmy ciała przez główną bramę obozu. Tam sprawdzano, czy więźniowie nadają się do pracy następnego dnia: "Ty pracujesz", "Ty pracujesz" - wskazywali Niemcy. Ci, którzy nie zostali wybrani, trafiali od razu na ciężarówkę jadącą do Auschwitz, do komory gazowej. Potem szliśmy na plac apelowy, gdzie kolejny raz byliśmy liczeni. "Zdjąć czapki" - rozkazywali kapo i musieliśmy stać na baczność podczas apelu. Potem więźniowie rozchodzili się do swoich baraków. Było ich tyle, że nie wiedziałbym do którego mam iść. Na szczęście miałem dwóch "pasiaków", którzy mieli mnie pilnować, opiekować się. Dałem im za to papierosy wiele dni przed czasem, kiedy się znalazłem w obozie. Zabrali mnie do baraku, gdzie jedli i spali. Mogłem tam z nimi porozmawiać.

- W IG Farben musiałem być bardzo ostrożny podczas rozmów, a przez noc w obozie poznałem nazwiska oficerów SS i kapo, o których wiedziałem, że mordują Żydów. O 4 nad ranem do baraku wpadali kapo krzycząc: "wstawać, wstawać". Od razu zaczynali bić ludzi. Wielu, którzy nie mieli siły wstać, zostało zabranych do komór gazowych. Znów byliśmy liczeni i wymaszerowaliśmy do IG Farben. Nadciągały tam dwie kolumny - "pasiaków" i jeńców wojennych. Już na terenie fabryki, szybko zamieniłem się z Hansem ubraniami - on znów stał się więźniem Auschwitz, a ja brytyjskim żołnierzem w niewoli. Wydaje się to bardzo proste, kiedy się o tym opowiada, ale zanim zdecydowałem się stać "pasiakiem", było bardzo dużo przygotowań. Za pierwszym i drugim razem wszystko poszło zgodnie z planem. Uważam, że wszyscy mieliśmy niesamowicie dużo szczęścia.

Jak udało się panu przeżyć w obozie jenieckim?

- Dostawaliśmy papierosy. Były bezcenne - używaliśmy ich jako waluty. Znałem kilku polskich pracowników przymusowych, od których dowiedziałem się wielu bezcennych rzeczy i z którymi handlowałem. Mogli oni nam przynieść jedzenie. To niesamowite, ale za dwa papierosy mogłeś dostać 12 jajek i kawałek chleba. To trzymało nas przy życiu.

A ile papierosów kosztowało ludzkie życie w Monowitz?

- 50. Czy uwierzysz, że życie może być warte 50 papierosów? To jest absurdalne. Za tyle przekupiłem pewnego kapo, gdy chciałem wejść do Auschwitz. Papierosy dostali także dwaj więźniowie w obozie, którzy się mną zajmowali i oczywiście Hans. Dostał ode mnie tyle papierosów, ile tylko mogłem mu przekazać.

- Dzięki papierosom udało mi się pomóc jeszcze jednemu więźniowi, później dowiedziałem się, że nazywał się Ernst Lobethal. Podczas rozmów w IG Farben powiedział mi, że ma siostrę, której udało się w 1939 r. przedostać z Berlina do Anglii. Poprosiłem go o jej adres. Jeńcy mogli napisać list raz na dwa miesiące. W liście do matki poprosiłem ją by skontaktowała się z siostrą tego Żyda, zapewniła ją, że jej brat żyje i poprosiła o przesłanie 200 papierosów i tabliczki czekolady. To wszystko cudem do mnie dotarło! Później dostał on jeszcze buty, dzięki którym przeżył zimę i marsz śmierci z Auschwitz do Wodzisławia Śląskiego w styczniu 1945 r. Wszystko, co otrzymałem mogłem przekazać "pasiakowi". Oczywiście wydzielałem mu po trochu papierosy, bo gdyby odnaleziono je wszystkie przy nim - zostałby pewnie zastrzelony. Mnie pewnie też by zabili, bo przed śmiercią kazaliby mu mnie wskazać.

- Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że Ernst przeżył Auschwitz, wyjechał do Ameryki i został inżynierem. Wystąpił też w filmie nagranym przez fundację Shoah. Opowiadał w nim o Angliku o imieniu Ginger, czyli o mnie. Właśnie tak, z powodu moich rudych włosów, przedstawiałem się "pasiakom". Ernst powiedział, że dostał ode mnie 10 paczek papierosów i buty, co "uratowało mu życie i dzięki temu nie poszedł do grobu". Mówił, że kiedy otrzymał ode mnie papierosy, czuł się jakby dostał Rockefeller Center. Niestety umarł w 2002 r., nie zdążyliśmy się spotkać przed jego śmiercią. Za to Rob Broomby odnalazł jego siostrę - Susan i przywiózł ją do mojego domu. Odbyliśmy cudowną rozmowę. To, że zdobyłem dla Ernsta papierosy sprawiło, iż moje życie było warte trudu. Tyle zachodu i wysiłku opłaciło się.

Jakie jest pana najgorsze wspomnienie z Auschwitz?

- W Auschwitz miałem swoją mantrę - powtarzałem ciągle "ocal życie". To było dla mnie najważniejsze. Raz jednak moja mantra zawiodła mnie. Kiedyś z 20 jeńcami kładliśmy w wykopie bardzo ciężki kabel elektryczny. W pewnym momencie, zza pryzmy ziemi usłyszałem głośny krzyk. To był przerażający, rozpaczliwy krzyk. Wyjrzałem i zobaczyłem młodego Żyda, który był bity po głowie przez esesmana. Po każdym ciosie, mimo krwi spływającej po głowie i twarzy, chłopak wstawał i stał na baczność. Wtedy nie wytrzymałem i krzyknąłem: "Du verfluchter Untermensch!" - "cholerny podczłowiek!". To była najgorsza obraza, jaką umiałem powiedzieć po niemiecku. Nie wiem czy ten chłopak umarł czy nie, normalnie zostałby zastrzelony na miejscu. Ja też, ale w wykopie było nas 20 i nie wiedzieli, kogo ukarać. Kiedy jednak esesman dowiedział się, że to ja krzyczałem, stanął przed mną z Lugerem w ręku i uderzył mnie w twarz. Uszkodził mi oko, które później mi usunięto. Ale przynajmniej przeżyłem. Myślę, że w Auschwitz prawie oszalałem. 6 - 7 lat po wojnie miałem straszne koszmary. Raz prawie zabiłem swoją żonę we śnie. Całe szczęście, że skończyło się na siniakach, a ja w końcu pozbyłem się koszmarów. Nie ma jednak dnia, bym nie myślał o Auschwitz. Dziś mam 93 lata i dalej z tym muszę żyć.

To dlaczego czekał pan ponad 60 lat, by powiedzieć światu o tym, co pan widział w Auschwitz?

- Rzecz w tym, że kiedy w 1945 r. wróciłem do Wielkiej Brytanii, nikt nie chciał słuchać. Gdy zgłosiłem się do dowództwa, dwaj oficerowie zapytali mnie czy mam coś do zameldowania na temat mojego życia w niewoli. Zacząłem im mówić o Auschwitz. W ich oczach widziałem, że mi nie wierzą. Natychmiast wyszedłem z budynku i od tamtego dnia aż 2006 r. nikomu nie powiedziałem ani słowa na temat Auschwitz. Nikt nie wiedział, że byłem w obozie. Nawet moja matka nie wiedziała, chociaż wróciłem do domu ważąc mniej niż 50 kg. Musisz zrozumieć, że w krótko po wojnie bardzo niewielu ludzi w Wielkiej Brytanii wiedziało cokolwiek na temat obozów koncentracyjnych i tego, co się w nich działo.

- Podczas wywiadu, który udzieliłem w 2006 r. telewizji BBC całkiem przez przypadek wyszło, że byłem w Auschwitz. Rob Broomby, dziennikarz stacji, po rozmowie ze mną powiedział: "Chcę napisać pana biografię". Zgodziłem się. Rob przyjeżdżał do mnie w każdy weekend i rozmawialiśmy przez ponad dwa lata. Napisaliśmy książkę "Człowiek, który wkradł się do Auschwitz". Została ona sprzedana w 40 tys. egzemplarzy w 14 krajach. Sześć razy ją dodrukowano, więc bardzo dobrze się przyjęła.

Czy ta książka jest dla pana czymś w rodzaju katharsis?

- Cieszę się, że została ona napisana. Wierzę, że kiedyś zrobią na jej podstawie film. Chcę o tej książce myśleć, jak o biblii - chcę dać młodym ludziom wskazówki, pomysły na życie. Nadal jest wielu ludzi, którzy nie wiedzą, że Auschwitz istniało i że takie rzeczy miały miejsce. Nawet dziś dla wielu osób ta wiedza jest szokująca. Chcę, by wszyscy wiedzieli o tym, co się działo w obozach koncentracyjnych. Kiedyś nie mówiłem o tym w ogóle, teraz nie można mi przerwać. Wiem, że to jest to, co powinienem robić. Muszę powiedzieć ludziom. Nienawidzę o tym mówić, ale muszę im mówić.

Dlaczego?

- Zawsze byłem osobą bardzo pozytywną i kiedy pojawia się coś do zrobienia, robię to. Teraz jeżdżę na spotkania organizowane w szkołach, z młodzieżą. Nienawidzę mówić o upiornej przeszłości Auschwitz, ale chcę uświadomić ludzi, że jeżeli kiedykolwiek będą w takiej sytuacji, to muszą coś z tym zrobić. Przerażające jest to, że Auschwitz może się zdarzyć w Wielkiej Brytanii. Holocaust może się zdarzyć wszędzie. Musimy walczyć z takimi strasznymi rzeczami. Chcę, by ludzie powstali i zrobili coś w tej sprawie.

- Albert Einstein powiedział, że "jest wiele zła na tym świecie, ale najgorsi są ludzie, którzy przechodząc obok niego nic nie robią w tej sprawie". Myślę, że o to właśnie chodzi. Widziałem co się tam działo i muszę o tym opowiedzieć. Czuję, że zrobiłem coś ważnego w swoim życiu. Dzięki temu ma ono sens. Ale jeżeli mówimy o Auschwitz, jakaś część mnie umarła tam.

W swojej książce wylicza pan ile razy udało się panu uniknąć śmierci. Szczerze mówiąc, po szóstym czy siódmym takim przypadku, straciłem rachubę. Uważa się pan za szczęściarza?

- O, jestem więcej niż szczęściarzem. Miałem niesamowite szczęście podczas całego półtorarocznego pobytu w Auschwitz, nie tylko wtedy, kiedy wkradałem się do Monowitz. W obozie musieliśmy pracować po 12 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu. Skarżyliśmy się na wszystko. Kiedyś poszliśmy do oficera żaląc się, że konwencja genewska zabrania nam tak ciężkiej pracy. Wtedy Niemiec wstał, sięgnął do kabury, wyjął pistolet i rzucił nim na biurko. "To jest moja konwencja genewska. Macie robić, to co wam każę" - powiedział. Muszę jednak przyznać uczciwie, że nie byliśmy traktowani tak źle, jak więźniowie. Oni nie mieli żadnych praw.

Kiedy najbardziej bał się pan o swoje życie?

- Na pewno nie w Monowitz. Tam byłem bardzo pozytywnie nastawiony. Nie myślałem "co będzie jeśli...". Najgorsze wspomnienia mam z marszu przez Sudety, Czechy i Niemcy. Kiedy w styczniu 1945 r. ewakuowano nas z obozu, przeszliśmy prawie 1,5 tys. kilometrów. Szliśmy przez góry i Bóg jeden wie przez co jeszcze. Szliśmy dzień w dzień, noga za nogą. A wszystko w okropnych temperaturach, nawet minus 30 stopni C. Nie miałem wtedy na sobie nawet płaszcza. Nie było co jeść. Tylko moja mantra trzymała mnie przy życiu.

- Pewnego dnia Niemcy zgromadzili nas na polu, gdzie kolejny raz nas liczyli. Przez to pole przepływała rzeka i ona do mnie mówiła: "Chodź do mnie. Uwolnię cię od wszystkich twoich problemów i bólu". Myślę, że musiałem wtedy zwariować. Dopiero po wojnie uświadomiłem sobie, że wtedy najbardziej się bałem. Zdałem sobie sprawę z tego, co mogłem zrobić - mogłem wejść do tej rzeki i na pewno zostałbym zastrzelony. Nie zrobiłem tego, szedłem dalej. W końcu udało mi się uciec, dotarłem do amerykańskich linii i w końcu dostałem się do domu. Podróż kosztowała mnie bardzo dużo fizycznie i psychicznie. Byłem cały obolały, w okropnym stanie. Udało mi się od tego uciec. Kiedy jednak o tym myślę, to mnie to przeraża.

Dziękuję za rozmowę.

Książka Denisa Avey'a i Roba Broomby'ego "Człowiek, który wkradł się do Auschwitz" ukazała się nakładem wydawnictwa Insignis.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje