Reklama

"Cracovia znaczy Kraków". 5 derbowych historii sprzed lat

Historia Krakowa to od ponad stu lat także historia Cracovii - najstarszego polskiego klubu piłkarskiego. 3 sierpnia na rynku ukazała się książka Tomasza Gawędzkiego "Cracovia znaczy Kraków. Historia w Pasy". Z tej okazji, a także z uwagi na zbliżające się kolejne derby podwawelskiego grodu publikujemy kilka fragmentów książki poświęconych właśnie "Świętej Wojnie".

Wściekli, głodni, niewyspani. Derby pod Tatrami

W 1909 roku piłkarze Cracovii zawitali pod Tatry dzień przed meczem i udali się na ustalony nocleg. Nie dostali kolacji, bo się na nią spóźnili, maszerując z dworca kolejowego pod wyznaczony adres. Jak się okazało, był to początek ciągu niefortunnych zdarzeń. Na Podhalu panował upał. Zawodników Pasów ulokowano na poddaszu pensjonatu - panowała tam nieznośnie wysoka temperatura, nie było czym oddychać. Rano dostali tak skromne śniadanie, że nawet mysz by się nie najadła. Po tych wszystkich niedogodnościach mieli wyjść na murawę i grać w upale z wiślakami. Byli wściekli, głodni i niewyspani.

Reklama

To jednak nie koniec - gdy dotarli na boisko, okazało się, że jest ono bardzo małe. Nie dało się grać normalnie, w jedenastu, więc obydwie drużyny ustaliły, że zagrają w sześciu. Cracovia i Wisła doszły do porozumienia także w innej kwestii - umówiły się, że zagrają na remis. Jeśli w końcówce meczu któraś z formacji będzie prowadziła, to da sobie strzelić gola. Nie wiedział o tym tylko Bernard Miller, bo niemal spóźnił się na mecz. Poznał w Zakopanem dziewczynę i przechadzał się z nią po parku przed meczem, prawie zapominając, że dziś gra. Wybranka jego serca zasiadła na prowizorycznie przygotowanych trybunach, więc "Benek" chciał jej pokazać, na co go stać. Tak się zapalił do gry, że ledwo spotkanie się rozpoczęło, a dwukrotnie wykonał rajd ze słynnym "wózkowaniem" i zatrzymywał się z piłką dopiero w bramce Wisły. Wszyscy na boisku zdębieli, szczególnie przeciwnicy Pasów. Cracovia po dwóch zdobytych golach zwolniła tempo gry, oddając pole rywalom. Miller, wściekły jak osa, zaczął grać wślizgami i biegać jak opętany, ostro odbierał oponentom piłkę. W końcu jednak i on się zmęczył w panującym skwarze i opadł z sił.

Widząc nieporadność wiślaków, którzy ruszali się jeszcze bardziej ociężale od drużyny Caldera, biało-czerwoni postanowili dopełnić umowy i sprawić, by mecz zakończył się remisem. Tak więc Lustgarten, golkiper co się zowie, najpierw wrzucił sobie niechcący piłkę do bramki. Kilka minut później popisał się ponownie, tym razem nie zauważając piłki zagranej do niego przez obrońcę. Jak mógł jej nie widzieć? Otóż jak gdyby nigdy nic schylił się, by zawiązać trzewik... Było więc 2:2. Rozjuszony Miller pobiegł w stronę bramki, chcąc rzucić się na Lustgartena, ale zdołano go powstrzymać.

Po meczu wszyscy byli zadowoleni. Publiczność była zachwycona, że zobaczyła aż cztery gole, a zawodnicy obu drużyn, jako że zarobili trochę grosza, wspólnie udali się do pobliskiej willi o nazwie Klemensówka, gdzie czekał już na nich zastawiony stół. Jak to na Podhalu, okowity zabraknąć nie mogło...

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje