Reklama

Co się stało tamtej nocy? Cz. II

- Im dłużej żyję, tym lepiej widzę, jak bardzo stan wojenny skomplikował moje życie - mówi Tomasz Lipiński, lider kultowych zespołów Brygada Kryzys i Ti lt. Juliusz Machulski z kolei opowiada, że stan wojenny, najgorszy okres dla kraju przypadł na najbardziej intensywny czas jego życia zawodowego.

Tomasz Lipiński, rocznik 1955. Wokalista i gitarzysta. Kompozytor muzyki filmowej, autor tekstów piosenek, m.in. "Jeszcze będzie przepięknie".

Reklama

Dwa tygodnie przed stanem wojennym siedziałem w hotelu w Belgradzie i zastanawiałem się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Kilka miesięcy wcześniej z moim przyjacielem, gitarzystą Robertem Brylewskim założyliśmy zespół Brygada Kryzys. Wszystko świetnie nam się układało. Zdążyliśmy odbyć tournée po Polsce i wyjechaliśmy w trasę po Jugosławii. Mieliśmy już zabukowane występy w Amsterdamie, rozmawialiśmy o koncertach w Londynie. Byłem świadomy, że gdybyśmy wtedy z Robertem powiedzieli, że uciekamy na Zachód, cały zespół by się przyłączył. Ale wróciliśmy. 13 grudnia 1981 roku byłem chyba jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o tym, co się stało. Około północy wyszliśmy z Robertem z imprezy u naszej przyjaciółki na Mokotowie. Złapaliśmy taksówkę, a to były czasy, w których często kierowca brał tylu pasażerów, ilu się zmieściło.

Ledwo wsiedliśmy, szofer wskazał na faceta, który siedział obok: "Wiozę pana z telewizji, on wam powie, co się dzieje". I gość opowiedział, że wyskoczył przez okno z budynku na Woronicza, gdy obstawiało go wojsko. Program I Polskiego Radia, jedyny nadawany wówczas nocą, emitowano z jakiejś wojskowej radiostacji. Zdecydowałem się nie jechać do domu, tylko do Roberta. O szóstej albo siódmej rano usłyszeliśmy przemówienie generała Jaruzelskiego.

Moja pierwsza reakcja? Oburzenie. Mieliśmy poczucie wielkiej niewiadomej. Dochodziły do nas same złe wieści: wszystkie organizacje zostały zawieszone. Lokale publiczne, w tym kluby i kawiarnie zamknięte, koncerty odwołane. Baliśmy się, że krąg represji jest tak szeroki, że dotkną one również nas, chociaż nie byliśmy działaczami Solidarności, a nasze poglądy polityczne w 1981 roku były raczej anarchistyczne.

Nie wierzyliśmy ani w socjalizm, ani w wyidealizowany kapitalizm. Nie tęskniliśmy za II Rzeczpospolitą. Nie ufaliśmy też antypeerelowskiej opozycji. Widzieliśmy, jak wielu tam było oportunistów, którzy jeszcze niedawno krzewili władzę ludową. Ale na pewno chcieliśmy zburzyć system PRL-u i już z tego powodu byliśmy dla niego wrogami. Z powodu godziny milicyjnej imprezy trwały do rana, bo nie można było wyjść nocą na ulicę. Słuchaliśmy muzyki i dyskutowaliśmy. Robiliśmy się bardzo radykalni. Rozważaliśmy nawet zejście do podziemia i walkę z systemem z bronią w ręku. Dziś się z tego śmieję...

Życie, pomimo stanu wojennego, musiało się jakoś toczyć. Zaplombowano wejście do klubu Riwiera Remont, gdzie był nasz sprzęt do grania, więc "ukradliśmy" swoje wzmacniacze i mikrofony. W tym samym czasie dostałem wezwanie do wojska, z czego sobie nawet nie zdawałem sprawy, bo poczta nie działała i mama nie sprawdzała skrzynki. Gdy w końcu to zrobiła, okazało się, że jestem już dezerterem. Chodziłem po ulicach z duszą na ramieniu. Dziś bym się nie uchronił. Ale wtedy przepływ informacji między milicją a wojskiem był kiepski.

Zostaliśmy wpisani na listę koncertu, który miał się odbyć 13 lutego. Tego dnia szykowała się wielka demonstracja młodzieży i władzom chodziło o to, by zrobić konkurencyjną imprezę w milicyjnej Hali Gwardii. O tym, że gramy na propagandowym koncercie, dowiedzieliśmy się z plakatów, na których byliśmy zaanonsowani jako Brygada K. (słowo "kryzys" nie miało prawa się pojawić). Poszliśmy zrobić aferę do biura i powiedziano nam wprost, że jak nie wystąpimy, to możemy w ogóle zapomnieć o koncertach w Polsce. No więc zapomnieliśmy.

Nie mieliśmy z czego żyć, ale nie da się porównać biedy wtedy i dziś. To był czas, gdy pensje nie miały wartości, a sklepy były puste. Więc paradoksalnie łatwiej było żyć bez pieniędzy. Można było tanio kupować na bazarze warzywa, kaszę, nabiał. Dawało się przeżyć. Aby cokolwiek robić, zaczęliśmy próby na Żoliborzu, w piwnicy warsztatu ceramicznego. Graliśmy pośród rzeźb. Ale doszło - co było nieuniknione - do jakichś zniszczeń i musieliśmy się stamtąd wynieść. A potem stała się rzecz niezwykła. Zostaliśmy zaproszeni, jako artyści testujący urządzenia nowo powstałego studia Tonpressu na Wawrzyszewie, do nagrania płyty "Brygada Kryzys". Choć udało się nam ją nawet wydać, to większość dyżurnych dziennikarzy muzycznych uznała ją za bezwartościową, a spora część nakładu podobno nie trafiła nawet do sprzedaży.

Za pieniądze, które zarobiliśmy, zamówiliśmy w warsztacie na ulicy Jagiellońskiej na warszawskiej Pradze trzy wzmacniacze gitarowe. W lecie pojechaliśmy pod Lublin do Wólki Krasienińskiej, gdzie była swego rodzaju punkowo-hipisowska kolonia uciekinierów z Warszawy ze środowisk alternatywnych i artystycznych. Spędziłem tam cudowne pierwsze lato stanu wojennego. Wróciłem pod koniec sierpnia, akurat na wielką demonstrację w drugą rocznicę porozumień sierpniowych.

Trzeba wiedzieć, że byliśmy wyjątkowo ostrzy w antysystemowych postawach. Wokół naszej muzyki były kontestacja, bunt, niezadowolenie społeczne. Braliśmy udział w demonstracjach. Rzucaliśmy w ZOMO bombami własnej roboty - wydmuszkami napełnionymi farbą. Dostawaliśmy konspiracyjne przesyłki z Norwegii pełne farb w sprayu do pisania na murach. 31 sierpnia 1982 roku podczas gigantycznej demonstracji w Warszawie na samym środku placu Defilad otoczyli mnie tajniacy, zaprowadzili do ciężarówki, tzw. osinobusu. Znalazłem się tam sam na sam z dwoma zomowcami. Podoficer, agresywny i wyraźnie naćpany, uczył młodego, jak się bije więźnia, czyli mnie. W następne dni, potwornie pobity, z wysoką gorączką, zagrałem cztery koncerty w klubie Riwiera Remont. Nasze jedyne występy w stanie wojennym. Piątego września rozwiązaliśmy Brygadę Kryzys. Nie widziałem sensu dalszej pracy. Czułem, jakby ktoś podciął mi skrzydła.

Czy mam żal do generała Jaruzelskiego? On był ucieleśnieniem całej opresji systemu. Jego twarz w czapce i czarnych okularach to było logo stanu wojennego. Ale czy to był jego własny wybór? Po latach widać wyraźnie, że rzeczywistość nie była czarno-biała. Sytuacja była bardzo skomplikowana i teraz wiem, że wtedy to nie mogło się inaczej skończyć. Nie, nie usprawiedliwiam generała, ale lepiej go dziś rozumiem.

Z drugiej strony nie da się zanegować faktu, że stan wojenny wtrącił Polskę na niemal dekadę w otchłań beznadziei. Nie będę specjalnie celebrował 30. rocznicy tamtego grudnia, wolę świętować rzeczy miłe, ale myślę, że daleką konsekwencją stanu wojennego jest kraj, w którym dziś żyjemy. A jestem wśród tych, którzy zauważają to, że Polska jest teraz w najlepszej sytuacji od kilkuset lat. Doceńmy to, co mamy.

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Życie | Tomek Lipiński | Brygada Kryzys | Juliusz Machulski | stan wojenny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje