Reklama

Bomba atomowa – nawet laik ją zbuduje

W połowie lat 60-tych Amerykanie postanowili przeprowadzić eksperyment, który miał udowodnić, że nawet laik potrafi zbudować bombę atomową.

Reklama

Amerykanie od samego początku obawiali się, że broń atomowa może trafić w niepowołane ręce, a przede wszystkim zastanawiali się, jak długo może potrwać proces zbudowania bomby atomowej od podstaw. Amerykanów przerażała myśl, że tajemnica bomby atomowej może wyciec poza elitarne grono czterech państw: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego i Francji.

Reklama

Z tego powodu w 1964 roku rząd amerykański zatrudnił niepozornie wyglądających naukowców - Davida Dobsona i Boba Seldona. Przydzielono ich do tajnego projektu, który krył się pod kryptonimem "N-ty kraj".

Zakładał on, że kolejny kraj, lub grupa ludzi, będzie dążyła do budowy bomby atomowej. Kolejnym założeniem eksperymentu było to, że konstruktorzy posiadali dostęp do fizyków. Jednak ci niekoniecznie musieli się znać na fizyce atomowej.

Dlatego kiedy przed dwoma młodymi fizykami postawiono zadanie zbudowania bomby atomowej, pozwolono im korzystać jedynie z ogólnie dostępnych materiałów: wspomnień, podręczników akademickich, czy w końcu własnych doświadczeń. Problem w tym, że nie mieli zielonego pojęcia o atomie i wszystko robili po omacku.

Zróbmy sobie bombę

Naukowcy pracowali w tajnej bazie Livermore, jednak nie posiadali uprawnień pozwalających im przebywać w częściach ściśle tajnych i laboratoriach. Było to związanie nie tyle z obawą, że mogą ujawnić tajemnice, a z możliwością uzyskania błędnych wyników w  eksperymencie, gdyby przez przypadek zauważyli coś, co pomogłoby im szybciej zbudować bombę.

Dlatego też zostali przydzieleni do nich laboranci, którzy na podstawie notatek i instrukcji wykonywali badania i eksperymenty, a później po kilku dniach, czy tygodniach przynosili gotowe wyniki. W ten sposób krok po kroku lekko szalona dwójka budowała swoją bombę.

Jaka bomba?

Seldon znalazł książkę o projekcje "Manhattan" - programie budowy dwóch pierwszych bomb atomowych dla amerykańskiej armii i to znalezisko dało im impuls do dalszej  pracy. Teraz stanęli przed najważniejszym problemem: jaką bombę zbudować?

Czy użyć zapalnika w stylu bomby "Little Boy" zrzuconej na Hiroszimę, która była zaprojektowana jako "działo" wstrzeliwujące z jednego końca "lufy" rdzeń (pocisk) wykonany z wzbogaconego do około 80% uranu do pierścieni uranowych znajdujących się w drugim końcu tego "działa"? Czy też zdecydować się na bardziej skomplikowane, ale też wydajniejsze rozwiązanie z bomby "Fat Man", która eksplodowała nad Nagasaki?

Wybrali drugie rozwiązanie, ponieważ do jej konstrukcji potrzebowali mniejszą ilość ładunków radioaktywnych, a założyli sobie, że państwo dla którego budują bombę nie będzie miało zbyt łatwego dostępu do plutonu.

Paradoksalnie największy udział w powodzeniu eksperymentu miał program prezydenta Dwighta Eisenhowera, "Atom dla pokoju", w ramach którego publikowano prace naukowe opisujące wykorzystanie energii atomowej w gospodarstwach domowych. Dzięki niemu prace znacznie przyspieszyły.

Garażowe zabawy

W końcu, po 30 miesiącach pracy, w 1965 roku obaj naukowcy przedłożyli raport, który wstrząsnął amerykańskimi elitami. Tekst szczegółowo opisywał, w jaki sposób z dostępnych w każdym sklepie żelaznym materiałów, można zbudować ładunek, który zmiecie Nowy Jork z powierzchni ziemi. Jedynie nie udało im się w żaden sposób zdobyć odpowiedniej ilości plutonu. Jednak po pewnym czasie założyli, że państwo zamawiające bombę dostarczy im ten ładunek.

Obaj naukowcy musieli się stawiać przed kolejnymi komisjami, które zarzucały ich deszczem pytań. Pojawiły się dwie grupy, z których jedna uważała, że każdy bardziej rozgarnięty licealista może złożyć bombę w garażu, z kolei druga twierdziła, że wojsko wprowadza rząd w błąd.

Dopiero wycieczka do  Livermore i eksperyment pokazany przez naukowców przekonał senatorów, że zbudowanie bomby o sile porównywalnej z tą, która spadła na Hiroszimę, to jedynie kwestia kilku miesięcy. I wcale nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy. Obaj naukowcy podkreślają, że z biegiem czasu jeszcze łatwiej taką bombę zbudować.

Seldon został w wojsku jako zawodowy żołnierz. Dziś jest członkiem rady naukowej Sił Powietrznych. Dobson wybrał karierę akademicką i wykłada na dwóch collage’ach. Po eksperymencie kongres przyznał armii dodatkowe fundusze na doświadczenia z bronią atomową i działania wywiadowcze. I chyba na tym najbardziej zależało armii.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje