Reklama

Atomowe miasta. Radioaktywne katastrofy gorsze niż Czarnobyl

O Czarnobylu słyszał każdy. Ale w radzieckim Majak i amerykańskim Hanford (na zdjęciu) produkowany pluton skaził środowisko znacznie wcześniej /Getty Images

Reklama


Prace nad zakładem atomowym Majak ruszyły na dobre po wojnie. Powstawał rękami więźniów łagrów, w których przetrzymywano nie tylko miliony niewykwalifikowanych robotników, ale i "wrogich ludowi" inżynierów oraz uczonych - w równie tragicznych warunkach. Rosjanie, podobnie jak wcześniej Amerykanie, znaleźli teren pod pierwszy w Europie kombinat plutonowy na odludziu: w górach Ural.

Materiały wozili furmankami (próbowali też czołgami, ale grzęzły w błocie albo się ślizgały). Przymusowi budowlańcy spali głównie w namiotach oraz lepiankach, żeby było szybciej i taniej. Przysłani do pomocy żołnierze byli traktowani tak samo jak więźniowie - przeważnie jedli zgniłe ziemniaki. Władze nakazały więc bliskim skoszarowanych w obozie dostarczać żywność i odzież, choć w 1946 roku przeciętna sowiecka rodzina kupowała w ciągu roku średnio jeden skórzany but, parę skarpetek oraz komplet bielizny.

Stalin oczekiwał uzyskania broni jądrowej w dwa lata. Tymczasem samo wykopanie 50-metrowego dołu pod fundamenty trwało 18 zamiast sześciu miesięcy (- Po co korzystać z maszyn, skoro można sprowadzić więcej więźniów - twierdzili zarządcy). Pionierski reaktor rozpoczął pracę w 1948 roku. Mimo awarii i wycieku materiałów radioaktywnych po pół roku wytworzył dość plutonu na pierwszą radziecką bombę. Jej eksplozja pod koniec sierpnia 1949 roku radykalnie podniosła temperaturę zimnej wojny.


Amerykański Czarnobyl

Reklama

Wszystko pod ręką, opieka lekarska, trawniki równiutko skoszone, domy pomalowane, ciepłe pączki, ochrona. W ten sposób wspominał Richland jeden z mieszkańców. Należał do grupy osób dumnych z wkładu wniesionego w rozwój ojczyzny. Drugą stanowili ludzie, którzy po czasie zorientowali się, że działo się to kosztem ich zdrowia, a nawet życia.

Pracownicy Hanford krótko po zakończeniu wojny obawiali się jednak o dalsze funkcjonowanie kombinatu. "Ratunek" przynieśli Sowieci - zbrojeniem się i umacnianiem pozycji w Europie. W 1947 roku USA zdecydowały o rozbudowie zakładu o kolejne reaktory. Presja była tak silna, iż władze wybaczyły firmie General Electric, nowemu zarządcy, zawyżone o miliony dolarów koszty budowy, ponieważ w 1949 roku ZSRR testował już broń atomową.

Rajskie miasteczko kwitło, lecz za jaką cenę? Pewien dziennikarz nazwał je "państwem policyjnym". Mieszkańcy unikali krytykowania dyrekcji ośrodka, obawiając się podsłuchu. Znajomości znacząco pomagały w  dostaniu etatu czy wynajęciu domu. Korporacja decydowała, kto i czym może handlować, a ponadto pobierała część zysków. Wolnej prasy lokalnej nie było. - To socjalizm czy faszyzm? - zastanawiali się socjologowie z innych stanów.


Nawet tuż po wojnie wciąż lekceważono kwestie bezpieczeństwa. W efekcie do katastrofy ekologicznej doprowadziły... piżmaki. Ryjąc nory przy zbiorniku z odpadami, spowodowały wyciek 60 milionów litrów radioaktywnych ścieków do rzeki Kolumbia, co - ze względu na tajny charakter zakładu - przeszło bez echa.

Inne, tragiczne awarie niejednokrotnie nie były nawet raportowane. Także dlatego według oficjalnej wersji przez 40 lat funkcjonowania Hanford nikt nie umarł wskutek wypadku radiacyjnego. Tymczasem w 1969 roku jeden z działaczy anty nuklearnych oszacował, że 400 tysięcy osób (związanych z Richland lub pobliskimi miejscowościami) zmarło przedwcześnie w wyniku chorób popromiennych. Komisja Energii Atomowej zleciła zaufanym ekspertom podważenie jego badań. Tak też zrobili, ale wbrew swoim mocodawcom wyliczyli, iż radioaktywne opady spowodowały 32 tysiące zgonów. Mimo prób blokady upubliczniono sprawę w mediach: zarówno w czaso pismach specjalistycznych, jak i prasie codziennej.

Radioaktywna rzeka

Tymczasem w obliczu sukcesu swojej próby nuklearnej i przewagi militarnej ze strony USA władze ZSRR wyłożyły więcej pieniędzy na rozwój Oziorska. Dzięki nim lokalna ludność, jeśli dożyła, mogła na emeryturze wspominać beztroskie zbieranie grzybów, zawody narciarskie, koncerty orkiestry, wizyty w teatrze i kinie czy do finansowane wczasy w kurortach. Pensje pracowników kombinatu były znacznie wyższe niż w innych rejonach kraju. Na każdego mieszkańca Oziorska, w tym dzieci, w 1958 roku przypadał jeden pokój - jak na ówczesne standardy Kraju Rad warunki były więc wręcz luksusowe. Niemniej to tylko część prawdy o powojennych losach ośrodka.
 
Zatrudnione tam osoby nie były ostrzegane przed niebezpieczeństwem, zresztą bały się jedynie KGB. To dlatego wyciągały ręcznie z reaktora zepsute pręty, a gdy przy przenoszeniu radioaktywnych roztworów coś się rozlało, ścierały plamy szmatą, którą wyciskały (bez zabezpieczeń), by nie marnować cennego paliwa. Wielu robotników było wiecznie pijanych - wódkę rozdawano "w nagrodę" i "dla zdrowia". Mieszkańcy Oziorska pili jej średnio dwa razy więcej niż inni Rosjanie, wydawali na alkohol trzy razy tyle, co na rozrywkę i kulturę. Ale nie to było najgorsze...


Sowieci, tak jak i Amerykanie, wlewali radioaktywne odpady do rzeki (choć Tiecza to ledwie strumyk w porównaniu z amerykańską Kolumbią). Chcieli w ten sposób ukryć problem. W ciągu dwóch lat pozbyli się tą drogą sześciu miliardów litrów ścieków, które stanowiły 20% objętości wody w Tieczy. W efekcie w pobliskiej miejscowości przyjmowano dopuszczalną życiową dawkę promieniowania w... tydzień! A chłopi używali zanieczyszczonej wody do wszystkiego: picia, mycia czy pojenia zwierząt. W końcu partia zarządziła ewakuację. Ograniczyła się jednak do 10 z 16 wyznaczonych wsi - w dodatku przesiedlenie trwało ponad 10 lat! Mówi się o  tysiącach zmarłych w  wyniku promieniowania, lecz trudno o dokładne szacunki, bo ówczesna władza w pełni kontrolowała przekaz informacji i wyniki badań.

Koniec plutopii

Część prawdy o  zakładzie Hanford wyszła na jaw w 1986 roku, gdy rząd odtajnił 10 tysięcy stron dokumentów. Historyczka dr Michele Gerber, mieszkanka Richland, pierwsza opisała dzieje swojego miasta. Trzy lata później urzędnicy zamknęli kombinat plutonowy i przyznali, że doprowadził do katastrofy ekologicznej. Oszacowano, iż oczyszczanie terenu pochłonie 100 miliardów dolarów i potrwa 50 lat. Tym samym prywatne korporacje nadal zarabiają dzięki federalnym funduszom - teraz na sprzątaniu po radioaktywnym pierwiastku, na którego brudnej produkcji zbiły majątek.

W ciągu czterech dekad funkcjonowania fabryki plutonu Majak doszło oficjalnie tylko do trzech wypadków. Tymczasem w samych latach 90. miało miejsce kilkadziesiąt awarii. W przypadku jednej (we wrześniu 2000 roku), gdyby zareagowano dwie minuty później, nastąpiłaby eksplozja reaktorów wielokrotnie silniejsza niż ta w Czarnobylu. Przyczyniło się do tego m.in. obcinanie budżetu zakładu, przez co najlepsi naukowcy i inżynierowie emigrowali w poszukiwaniu lepszych warunków.

Aktualnie Moskwa wdraża 50-letni plan unieszkodliwiania radioaktywnych odpadów po kombinacie. Ale okolica będzie skażona znacznie dłużej...

Artykuł pochodzi z magazynu "Świat Wiedzy Historia" 6/2019 (grudzień-styczeń)

***Zobacz także***

Świat Wiedzy Historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje