Reklama

Atomowe miasta. Radioaktywne katastrofy gorsze niż Czarnobyl

O Czarnobylu słyszał każdy. Ale w radzieckim Majak i amerykańskim Hanford (na zdjęciu) produkowany pluton skaził środowisko znacznie wcześniej /Getty Images

​O awarii w Czarnobylu słyszał każdy. Tymczasem mało kto wie o zakładach produkcji plutonu Hanford i Majak, które znacznie mocniej zanieczyściły środowisko odpadami radioaktywnymi. Gdy amerykańskie i radzieckie władze przekonywały o bezpieczeństwie, miliony ludzi nieświadomie spożywały napromieniowaną żywność. Tysiące z nich z tego powodu zmarły...

Reklama

Kompleks Hanford Site był niezbędny, by USA stworzyły i zrzuciły w 1945 roku bombę nuklearną na Nagasaki. Podczas zimnej wojny, wraz z  sowieckim Majakiem, odgrywał on decydującą rolę w wyścigu zbrojeń. Nie liczyły się koszty, zanieczyszczenie środowiska ani ofiary w ludziach.

"Produkcja plutonu to najbrudniejsza faza budowy broni jądrowej. Kilogram wzbogaconego plutonu oznacza setki tysięcy litrów radioaktywnych odpadów" - podkreśla prof. Kate Brown w książce Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne.

Ściągani do wojskowych baz robotnicy upijali się i awanturowali. Amerykanie postanowili więc wznieść w pobliżu zakładu miasta dla całych rodzin. Tak rozwinęło się m.in. Richland. Ludzie żyli tam na znacznie wyższym poziomie niż ich rodacy, jednak nie za darmo. Luksus przypłacili permanentną inwigilacją. I czymś jeszcze:  - Mnóstwo weteranów kombinatu miało raka.

Dlaczego nas nie ostrzegli? - zastanawiał się jeden z mieszkańców żyjących niedaleko Richland. - Oni nas zabijają - dodał jego syn.

Przestępcy i broń atomowa

Krótko po przyłączeniu się USA do II wojny światowej zapadła decyzja o uruchomieniu projektu "Manhattan", którego celem było stworzenie bomby atomowej. Podpułkownik Franklin Matthias miał znaleźć miejsce pod budowę pierwszej w dziejach fabryki plutonu (sztucznego pierwiastka cięższego od uranu). Korporacja Du-Pont została wykonawcą, a armia - nadzorcą przedsięwzięcia. Matthias przemierzał niemal bezludne tereny stanu Waszyngton na północno-zachodnich krańcach kraju. Padło na Richland, niedaleko którego znajdowała się potężna hydroelektrownia.

Reklama

"Obfite zasoby czystej wody z rzeki Kolumbia, niezawodne źródło prądu, wysoki odsetek państwowej ziemi" - wylicza powody tej decyzji prof. Brown.

Władze wysiedliły kilka tysięcy mieszkańców. W ich miejsce sprowadziły inżynierów, urzędników oraz budowlańców - łącznie ponad 130 tysięcy osób! Przez brak chętnych i pośpiech przyjmowano nawet przestępców, z marszu odrzucając tylko komunistów. Richland miało być miasteczkiem klasy średniej i choć trzy czwarte populacji stanowili robotnicy, warunki życia musiały być wysokie. Mimo trwającej wojny i oficjalnie tymczasowego charakteru zakładu kłócono się, czy domy mają mieć... dwie czy trzy sypialnie. Bezpieczeństwo zeszło na drugi plan - liczyło się stworzenie bomby atomowej przed kapitulacją Niemiec.


Produkcja plutonu ruszyła - przedwcześnie - jesienią 1944 roku. Terminy nagliły, dlatego przymknięto oko na fakt, że do gruntu, powietrza i pobliskiej rzeki dostało się czterokrotnie więcej radioaktywnych izotopów, niż planowano. Urzędnicy kłamliwie zasłaniali się niewiedzą o skutkach promieniowania, a ówczesne "dopuszczalne dawki" i tak wywoływały choroby, również śmiertelne. Podobne tragedie miały się wkrótce wydarzyć po drugiej stronie oceanu...


Pluton w kraju rad

Oziorsk oficjalnie nie istniał, więc próżno było szukać go na mapach - nosił kryptonim Czelabińsk-40 (później Czelabińsk-65). Powstał w tajemnicy dzięki "sukcesowi" Richland. W pierwszej połowie lat 40. Amerykanie i Sowieci walczyli przeciwko III Rzeszy ramię w ramię, lecz nie wykluczało to szpiegowania się nawzajem.

W  1941 roku jeden z  radzieckich agentów wręczył swoim przełożonym brytyjskie raporty potwierdzające możliwość stworzenia broni jądrowej. Ławrientij Beria, szef NKWD, obawiał się jednak pomyłki, przez którą jego kraj zmarnowałby miliony rubli, więc nie przekazał informacji Józefowi Stalinowi. Mimo to dyktator i tak się o wszystkim dowiedział.

Natychmiast zebrał zespół badawczy pod przywództwem fizyka jądrowego Igora Kurczatowa. Ten szybko wyliczył różnice pomiędzy USA a ZSRR: 700 naukowców do 30, 10 cyklotronów [akceleratorów niezbędnych do badania pierwiastków rozszczepialnych - przyp. red.] do jednego (i to w oblężonym Leningradzie), tysiące ton uranu do... 12 (gwoli ścisłości: do produkcji plutonu potrzebowano stu ton). Budowa bomby miała potrwać w takich warunkach 10-15 lat. Ale Stalin nie zamierzał przejmować się "drobiazgami".

Świat Wiedzy Historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje