Reklama

Schody

Poranek zaczęliśmy tak ostro, że w pewnej chwili pomyśleliśmy: to koniec.

Na plan zdjęciowy wybraliśmy jedno ze wzgórz, na których ulokowane jest miasto. Miejsce bardzo specjalne, bo tutaj właśnie Bruce Lee ćwiczył kondycję biegając w górę i w dół, w górę i w dół, w dół i górę.

Reklama

Zaczął Jan Peszek - bez pośpiechu, ale w rytmie, doszedł do trzech czwartych wysokości i spojrzał na mnie z wyrzutem. Kamienne schody wydawały się piąć w nieskończoność. Jan raz się wspinał, raz schodził. Błażej raz podążał za nim, raz uciekał w przeciwnym kierunku. A ja pokrzykiwałem od czasu do czasu: akcja!

Mijający nas lokalsi patrzyli na wpółrozebranych panów Peszków z azjatycką uprzejmością, ale i niewątpliwym dystansem. Pot lał się z całej ekipy. Omszałe i śliskie schody, sauna, wrzask cykad i bezwzględne komary potwierdziły niezaprzeczalnie, że Bruce był twardzielem.

Kiedy stoczyliśmy się na dół po całkiem udanych zdjęciach, Błażej z szacunku dla Bruce'a i ku jego pamięci postanowił jeszcze raz wbiec na sam szczyt, i to w tempie i bez zatrzymywania.

Szacunek. Respect. Duch Bruce'a z pewnością to doceni. Błażej z objawami głębokiej zadyszki, nożnej drżączki, fontanny z całego ciała, ale z uśmiechem, wykonał plan dokładnie w 3 minuty.

Cykady zamilkły, a zawstydzone heroizmem aktora komary nigdy nie tkną słowiańskiej krwi! Zatem od dzisiaj, drodzy rodacy, śmiało do Hongkongu bez repelentów.

US!

Główny Łaziebny

Czytasz relację z wyprawy śladami Bruce'a Lee - zobacz więcej

Łaźnia Nowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje