Reklama

Najpiękniejsza Kobieta Świata

"Jak przychodzi wielka miłość, to człowiekowi zawsze się zdaje, że pokochał najpiękniejszą kobietę świata. Ale jak człowiek faktycznie pokochał najpiękniejszą kobietę świata - może mieć kłopoty". Pisze o tym Jerzy Pilch w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze samobójstwo", której fragment właśnie czytasz :-)

Jeśli nie była Najpiękniejszą Kobietą Świata w sensie ścisłym, to należała do pierwszej dziesiątki najpięk­niejszych kobiet świata, a jak nie do dziesiątki, to do setki - szczegóły bez znaczenia; była olśniewająca w sensie planetarnym.

Reklama

Zobaczyłem ją i popełniłem błąd frajerski - zamiast poprzestać na podziwie - postanowiłem ją zdobyć.

Zobaczyłem ją na pewnym bankiecie, to znaczy, po raz pierwszy i na żywo zobaczyłem ją na pewnym ban­kiecie; wcześniej setki razy widywałem jej podobiznę na rozmaitych fotografiach, reklamach, plakatach i billboardach. Jej słynne oblicze zdeprawowanej madonny, które tak ekscytowało fotografów, operatorów i reżyserów, by­ło powszechnie znane. Bankiet odbywał się w ogrodach zachodniej ambasady. Był to bardzo doniosły, bardzo rytualny i bardzo doroczny bankiet. Na towarzyskiej giełdzie zaproszenie na ten bankiet uchodziło za nadzwy­czaj wartościowy papier.

Wyjątkowość bankietu szło też poznać po tym, że w ogrodach ambasady, oprócz wirtuozersko władają­cych sztuką bankietowania bywalców, błąkali się zagu­bieni intelektualiści, którzy na żadnych bankietach nie bywali, ale mieli w dorobku prace poświęcone kulturze zachodniego kraju, którego ambasador wydawał ban­kiet. Wyróżniali się archaicznymi garniturami, nieumiarkowanym łakomstwem i wielkim entuzjazmem. Gdy zblazowani bywalcy wyznawali im, że nienawidzą bankietów - starali się ich jakoś pocieszyć i zachęcali do je­dzenia, picia i zabawy. Zblazowani bywalcy, którzy na wszystkich bankietach truli posępnie, iż nienawidzą bankietów, i znajdowali dla swych wyznań równie posępny posłuch wśród innych zblazowanych bywalców bankietów, również nienawidzących bankietów - w osłu­pieniu spoglądali na krzepkich, uśmiechniętych i rozpa­lonych szampanem staruszków, którzy nieoczekiwanie, żelaznym chwytem łapali ich za łokieć, wiedli ku zasta­wionym stołom i rozglądając się, z tryumfem wykrzy­kiwali:
- Ależ skąd ten smutek, młody człowieku! Należy dostrzegać słoneczne strony życia! Dziś zwłaszcza! Tu zwłaszcza! Cóż za wspaniałe przyjęcie! Proszę koniecz­nie coś zjeść! Proszę! Pyszna rybka! Pyszna wędlinka! Pyszna sałatka! - i wtykali w zblazowane ręce talerz, i nakładali kopiaste porcje, i podtykali je pod zblazowa­ne oblicza. - Proszę koniecznie coś zjeść! A potem napit­ki czekają! Trunki przednie! Proszę się raczyć! - i zagu­bieni, a w istocie czujący się w ogrodach ambasady jak ryby w wodzie, intelektualiści mrugali łobuzersko i swa­wolnie nurkowali w falujący tłum.

Był parny, lipcowy dzień. Od zachodu sunęły na War­szawę chmury ciemne jak ołów i lekkie jak elektryczność. Najpiękniejsza Kobieta Świata przez dobre dwie godziny nie ruszała się z miejsca. Krążyłem wokół.

Z początku nie zauważałem, że krążę; ze szklanką wody niegazowanej łaziłem - jak mi się zdawało - po ogrodach ambasady, bez celu. Do nikogo specjalnie się nie garnąłem. Do mnie też nikt. Odruchowo starałem się unikać czatujących na ofiarę nudziarzy. Po kolejnym bankiecie taka umiejętność sama wchodzi człowiekowi w krew. Czatujący na ofiarę nudziarze są jak strzelcy wyborowi na wojnie - sieją śmierć. Jakoś mi się udawało. Jeden wprawdzie nudziarz, w cywilu bezbarwny felieto­nista o zacięciu niepodległościowym, zdołał mnie namie­rzyć, zbliżył się, zaczął ględzić, tysięczny raz opowiadał, jak został pojmany w stanie wojennym; już myślałem, że polegnę, ale z bliska wyszło, że napastnik, pomimo wczesnej pory, jest już wyraźnie trafiony - zgubiłem go bez trudu. Sam oczywiście nie piłem ani kropli - w głębi duszy nie wykluczałem wprawdzie, że jeszcze tego wie­czoru, zamknąwszy się szczelnie i samotnie w domu, odbezpieczę flaszkę, ale tu - nie było mowy.

Świat Książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: samobójstwo | bankiet | nauczyciele | Jerzy Pilch | ambasada

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje