Reklama

Na kolej, na kolej!

Z biegiem lat, z biegiem dni coraz częściej ulegam wzruszeniom, ale już dawno nie chwycił mnie taki szloch jak przy niedawnej lekturze informacji, że nasza kolej będzie zwracać pieniądze za bilet w wypadku spóźnienia pociągu.

Byłem pewien, że dożyję czasów, gdy każdy pasażer będzie musiał dopłacać do biletu, ilekroć jego pociąg przypadkiem przyjedzie punktualnie, a tu masz - taka niespodzianka! Nie my im, a oni nam! Jaja sobie z nas robią, czy co?

Reklama

Kolej kocham miłością równie namiętną jak straż pożarną, urodziłem się bowiem na strażnicy fajermańskiej w Nowym Sączu, ale pierwsze nauki moralne zdobywałem na stacji kolejowej w Krośnie. Tamże dziadek, w chwilach wolnych od obsługi tendra (kto nie wie, co to było, niech się wstydzi i poszuka w słowniku) wykładał mi historię kolei żelaznych na ziemiach polskich, ze szczególnym uwzględnieniem Galicji.

W pierwszej wersji miała to być tzw. końka, czyli trakcja owsiana. Z pomysłu zrezygnowano z powodu przewidywanego niedostatku paszy. Świat jednak przyspieszał, a u nas nadal podróż dyliżansem z Krakowa do Warszawy trwała (był rok 1838) 22 godziny i 17 minut, a do Lwowa aż 40 godzin.

Wprowadzenie pociągów "na parę" wydawało się nieuniknione, choć według sprawdzonych informacji na terenach obok linii kolejowej "kury nie chcą się nieść, a krowy paść, dym wytruwa bażanty, domy płoną, a ludzie palą się żywcem, kotły parowozów wybuchają, a pasażerowie są rozrywani na kawałki". Mimo to, w 1847 roku dotarł do Galicji pierwszy "parowiec" ze Śląska, a już osiem lat później pewna guwernantka w Rzeszowie mogła popełnić samobójstwo, korzystając z dobrodziejstw kolei żelaznej.

W tym samym czasie odkryto, że podróż koleją wzmaga apetyt. Przekonał się o tym pół wieku później niejaki Józef Wissarionowicz Stalin, któremu jednak na stacji w Szczakowej nie chciano w restauracji dworcowej podać zupy. Nie dlatego, że Stalin, ale że mówił po rosyjsku.

I tak to ruszyło, i jeździ do dziś, i nadal "kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej". Ponieważ ja go mam, postanowiłem przed trzydziestu bodaj laty napisać reportaż z najdłuższej u nas wtedy (dziś chyba też) trasy kolejowej Przemyśl - Szczecin.

Żeby łazić po pociągu i lokomotorze, rozmawiać z obsługą etc., itp., musiałem mieć zgodę samego dyrektora generalnego Południowej Dyrekcji Kolei Państwowych. Zgodę takową (w trzech egzemplarzach) otrzymałem i pełen emocji wsiadłem do pociągu, który miał mnie zawieźć do stolicy Pomorza Zachodniego.

I zawiózł, i dowiózł bez przeszkód. Mało tego - na peronie dworca w Szczecinie czekały na mnie dziewczęta w białych bluzkach i czerwonych krawatach Związku Młodzieży Socjalistycznej, a pan naczelnik dworca zaprosił na skromne "co Bozia dała". A widząc moje okrągłe ze zdumienia oczy, wyjaśnił: - Wie pan, postanowiłem uczcić pana przyjazd, bo to i moje osobiste święto. Jestem tu naczelnikiem od dwudziestu lat i po raz pierwszy się zdarza, że ten zasrany pociąg przychodzi punktualnie...

Dzień Dobry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje