Reklama

Mamone zjeżdżają do Warszawy!

Kocham Warszawę, bo jest "taka azjatycka". Więc dobrze - jak nienormalny przenoszę się do stolycy, aby być strąconym na powrót w studentkę z akademika. Dobrze - będę cierpiał brak wygód, jakie zostawiłem we Wrocławiu. OK - mogę nawet zatrudnić się na drugą zmianę w hipermarkecie przy kasie, w szatni w Pałacu Kultury, ale nigdy, za żadne skarby moimi marzeniami nie zawładnie mieszkanie! Nie będę dzień i noc zawracał tym wszystkim głowy, nie zasilę szeregów tych, z którymi każdą rozmowę kończy się sakramentalnym "a nie znasz może kogoś, kto chce sprzedać lub..."

Nie, nie będę śnił o mieszkaniu, o kredycie, o "własnych czterech ścianach", to zbyt płaskie, banalne, wszyscy o tym marzą, dodając czasem do mieszkania samochód. Dwie pary kluczyków z reklamy kredytu załatwiają wszystko, zdobyć je to już koniec życia, to cel wszystkich celów, ale ja nie zatrzymam się przy tym plakacie! Dwie szczoteczki do zębów w takiej beznadziejnie białej i nowiutkiej łazience - to ckliwe!

Może znajdę sobie jakiś kaloryfer na Warszawie Matce Naszej Centralnej, ale śpiąc pod nim, z całym majątkiem w siatkach z nadrukiem "biedronka" marzył będę dalej o Pałacach! O warszawskich, tym razem, Pałacach. O Pałacach Kultury i o Za Wysokich Progach. Będę wyciągał z tych worków szpanerskie ciuchy, nakładał je na siebie w toalecie publicznej tajemniczych labiryntów rozciągających się pod dworcem, odświeżał oddech i szedł do Utopii na całą noc. W końcu Utopia to noclegownia dobra, jak każda inna.

Reklama

Potrafię, jak większość pisarzy, dość dobrze udawać, że mi się powodzi. Począwszy od korekcji wyglądu zewnętrznego poczynionej tak, aby wytrzymała czterdzieści pięć minut trwania programu telewizyjnego w cieple czterdzieści stopni od lamp, a skończywszy na podawaniu w wywiadach zawyżonych wyników sprzedaży moich książek. OK, to i owo zmyśliłem, a baczki były dorysowane czarnym markerem, dzięki Bogu w studio panował półmrok. OK, czasami po spotkaniach ze mną z telewizyjnych charakteryzatorni to i owo ginie... OK, kiedy czasem jadę taksówką i usłyszę w radio mój głos... Nie mogę słuchać swojego głosu w radio, nie mogę oglądać się w TV. A tu znowu to samo, Warszawka, komóreczka, 6444 444:
- Dzień dobry, poproszę taksóweczkę pod Ochota Business Centre, na nazwisko Witkowski, tak, na zaraz, do piętnastu minut? OK!

Piętnaste zamówienie tego dnia z mojej strony i oni wciąż pytają, czy będzie płatne gotówką! Stoję tam, gdzie szał promocyjny mnie ostatnio wypluł, czyli pod jakimś radiem Bis czy czymś takim. Stoję jak k**wa i czekam na taksówkę, w taksówce w radio mój głos z tegoż radia, co przed chwilą nagrywaliśmy, albo może z tego, co nagrywaliśmy rano, o ósmej, albo z tego o czternastej. Coś o ciotach. To ja do taksówkarza lujowatym głosem:
- Kurna, kurna... panie starszy, pan przekręci to na jakąś muzyczkę... (po efektownej pauzie) Ja wiem, że to niby jest ta cała unia, tolerancja, ale, no... kurna... no nie mogę tych cweli, tych pederastów... Narobiło się tera tego. Może to i niepoprawne, ale trudno - nie podchodzi mi.
- Co się panu nie podoba?
- No, nie no... Koleś szarga wszystkie świętości... Na drużyny sportowe wygaduje...

Udawanie, że się komuś powodzi to zjawisko typowe dla Mamone - pewnej szczególnej odmiany playboyów, jaka występuje we włoskich kurortach, na promenadach itd. Najogólniejsze zasady życia każdego Mamone to:

1) Jak sama nazwa wskazuje - żyć jak najdłużej (do czterdziestki) na garnuszku mamy i z nią mieszkać.

2) Ważne jest tylko to, co widać, czego na szczęście nie można powiedzieć o mieszkaniu. Konsekwentne stosowanie tej zasady: spodnie od Armaniego, a pod spodem brudne, pocerowane majty, oryginalny Rolex na ręku, ale mieszkanie w najgorszej klitce z wychodkiem w bramie, sztuczne zęby z przodu, brak jakichkolwiek dalej.

3) Żyć na promenadzie, na balach, robić długi, nigdy nikogo nie zapraszać do domu (mama), tylko do najbardziej wyj**anych w kosmos restauracji i kawiarni, gdzie zamawiać tylko jednego drinka i robić miny milionera pijąc wciąż to samo przez całą noc.

W kinematografii role Mamone często grywał u Felliniego Marcello Mastroianni - ubrany w biały garnitur, w czarne okulary, przesiadujący w kawiarni "u wód". Życie Mamone polega wyłącznie na szpanowaniu, jest cudne w swej absolutnej pustce, jest bańką mydlaną. To żywot motyla, który lata z kwiatka na kwiatek, nie ubrudziwszy przy tym swej białej marynarki. To życie człowieka, któremu zawsze świeci słońce, jak inaczej tłumaczyć fakt chodzenia przez okrągły rok w przeciwsłonecznych okularach?

Otóż przy pewnych zdolnościach Warszawa może nie pojmie tak prędko, jakie to dziadostwo tego lata do niej zjechało z Wrocławia. Ale historia literatury polskiej zna niejeden taki przypadek, najlepiej reprezentowany przez warszawiankę, Zofię Nałkowską, zamieszkałą oczywiście wraz z matką. Otóż z lektury "Dzienników" tej cudownej pisarki wynika niezbicie, że przez całe Dwudziestolecie z wielkim powodzeniem utrzymywała fikcję życia w dobrobycie. Często na balach w najwyższych kręgach politycznych posiadała tylko pożyczone od służby dwa złote, ale występowała w złotych butach zakupionych kosztem węgla na opał, uprawiała więc klasyczny mamonizm. I udokumentowała go z wdziękiem tak dla Mamone charakterystycznym. To właśnie ostatnia i może najważniejsza zasada takich jak my - kłamać z wdziękiem! Im gorzej ci się powodzi, tym lepsze sprawiać wrażenie. I - na Boga! - coś sobie w międzyczasie załatwić, jakoś się w tej stolycy zakręcić, nie wiem, puścić się z Syrenką warszawską?

Michał Witkowski

Autor jest pisarzem, autorem m.in. bestsellerów "Fototapeta" i "Lubiewo".

(** pochodzą od redakcji INTERIA.PL)

Tekst pochodzi z wrześniowego numeru "Machiny"

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: mieszkanie | radio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje