Reklama

Co ja tutaj robię?

Anna, Patrycja, Sylwia, Tomek, Małgorzata, Marta, Justyna, Katarzyna, Beata, Dorota. Które z imion, waszym zdaniem odstaje w tym szeregu? Łatwo się domyślić, chociaż mnie akurat kłują w oczy te pozostałe - same żeńskie.

Trochę nieswojo może się poczuć mężczyzna po skończonych zawodach, kiedy patrzy na tabelę wyników i poza swoim imieniem widzi wyłącznie imiona płci przeciwnej. Zdarzało mi się to wielokrotnie na imprezach agility. Zakłopotanie było w moim przypadku tym większe, że pierwszą pasją mojego życia była koszykówka - i nie przypominam sobie, żebym w ciągu niemal dekady, jaką poświęciłem na uprawianie tego sportu, kiedykolwiek konkurował z kobietami.

Reklama

Większość znajomych to kobiety

Pamiętam, jak wziąłem ostateczny rozbrat z basketem i wystartowałem w swoich pierwszych zawodach agility. Długo wpatrywałem się w listę startową i to właśnie wtedy ostatecznie do mnie dotarło, w jak dalece sfeminizowaną dziedzinę się zaangażowałem. Przez chwilę poczułem się nie na miejscu, a w głowie kołatała jedna myśl: "Co ja tutaj robię?".

Kiedy dziś rano zalogowałem się na moje konto na Facebooku, przeglądając swój profil, zauważyłem, że spośród 70 zarejestrowanych znajomych trzy czwarte to kobiety. Zdecydowana większość z nich jest aktywna w środowisku psich sportów.

Gdybym był członkiem tego typu serwisu społecznościowego sześć lat temu, zanim jeszcze zainteresowałem się szkoleniem psów, proporcje byłyby z pewnością odwrócone. I koledzy, których miałbym na liście przyjaciół, widząc mnie teraz na imprezie agility, równie skonsternowani pytaliby: "Co ty tutaj robisz?". W Polsce na większości zawodów sportowych z udziałem psów, na większości seminariów, zlotów i innych imprez kynologicznych mężczyzna może się poczuć osamotniony jak bohaterowie "Seksmisji" Machulskiego. Aż chce się powtórzyć za Maksem pocieszającym Albercika: "Trzeba tu będzie jakoś żyć. Człowiek się potrafi do wszystkiego przystosować".

Nieraz odbija się czkawką

Liczebna przewaga płci pięknej bije po oczach. Skłania jednocześnie do szukania przyczyn tego stanu rzeczy, bo dysproporcja jest tak duża, że przypadek wydaje się wykluczony. Pomyślałem sobie, że warto by podjąć próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie: czy kobiety mają coś, co je szczególnie predysponuje do szkolenia psów?

Jakiś czas temu miałem okazję poruszyć tę kwestię w rozmowie z dwoma doświadczonymi sędziami agility, Holendrem Tonem Van de Laarem i Arpadem Tothem z Węgier, którzy w swoich ojczyznach również mogli się pochwalić zdecydowaną przewagą siły yin nad siłą yang, w szczególności w konkurencjach agility i obedience. Obaj głównych powodów upatrywali w tym, że natura wyszła kobietom naprzeciw: są bardziej wyrozumiałe, cierpliwsze, mają większe wyczucie (czyżby posiadały ów szósty zmysł?), są dużo mniej podatne na frustrację i irytację wynikającą z rozbieżności między oczekiwaniami a osiąganymi rezultatami.

Jako istoty bardziej emocjonalne, lepiej czytają, co siedzi w głowie psa, są bardziej empatyczne i łatwiej im wytworzyć więź z podopiecznym.

Natomiast stanowczość i konsekwencja w postępowaniu panów - tak ważna w podejściu do psa - ma tendencję do przekształcania się w ślepy upór i dążenie do celu po trupach, co nieraz odbija się czkawką.

Pod jej skrzydłami

Tyle na ten temat od facetów z kilkudziesięcioletnim stażem. Ton wyznał mi również, że odkąd zauważył, iż w wyniku znużenia i stresu spowodowanego pracą zawodową łatwiej denerwuje się na placu treningowym, zaczął każdego swojego nowego szczeniaka oddawać żonie na pierwszy rok do "obróbki".

To pod jej skrzydłami zwierzę nabiera pewności siebie. Dopiero kiedy pies jest już dostatecznie "zbudowany", Ton bierze go w swoje ręce i zaczyna właściwy - nakierowany na starty w agility i obedience - trening.

Ton nie jest tu żadnym wyjątkiem. Mam nadzieję, że nie zmaleje grono wielbicielek wielokrotnemu triumfatorowi European Open Silasowi Boogkowi z Niemiec, jeśli zdradzę, że psy tego idola nastolatek - Back, Caja czy Sun - swe wyszkolenie zawdzięczają w dużym stopniu jego żonie Noémie.

Chłopcy nie bawią się lalkami

Gdy rozmawialiśmy w zeszłym roku na obozie szkoleniowym w Polsce, wymienił on nazwiska paru przewodników ze światowej czołówki także korzystających z pomocy partnerek. Silas podkreślał, że zaledwie kilkakrotnie brał udział w zajęciach prowadzonych przez innych instruktorów - najwięcej cennych rad zawdzięcza właśnie Noémie.

Pamiętam, jak mocno pokrzepiła mnie ta dyskusja i jak odetchnąłem z ulgą, uświadomiwszy sobie, że tak się szczęśliwie dla mnie składa, że moja narzeczona również zajmuje się szkoleniem psów. O, właśnie!

Dlaczego nie spytałem jeszcze reprezentantki większości o zdanie na poruszony temat? Odpowiedź: "Widzisz, kochanie, najpierw opiekowałam się lalkami Barbie. Potem były rybki, myszy, chomik, papuga, koty, konie i w końcu psy.

Dla kobiet droga do szkolenia psów wydaje się mocniej wydeptana już od dziecka". I pewnie tu jest pies pogrzebany. Chłopcy nie bawią się lalkami.

Tomek Jakubowski

Co ja tutaj robię? No, biegam...

Dogandsport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje