Reklama

​Mroczne tajemnice medycyny: Czego nie mówią nam lekarze?

Niektórzy lekarze wychodzą z założenia, że pacjenci dla własnego dobra powinni wiedzieć jak najmniej. /123RF/PICSEL

Reklama

Aby w takiej sytuacji ustalić biorcę organu, lekarze muszą sprawdzić czekających nie tylko pod kątem twardych, ale i miękkich kryteriów. Tych ostatnich nie da się zmierzyć, bazują one często na subiektywnej ocenie. Dla specjalistów podejmujących decyzję jest to prawdziwy dylemat. W praktyce może to oznaczać, że 47-letni alkoholik będzie mieć mniejsze szanse na przeszczep wątroby niż np. 17-latka cierpiąca na chorobę dziedziczną, ale zdrowa pod każdym innym względem. Według krytyków jest to trudne do zaakceptowania z uwagi na brak obiektywnych kryteriów.

Doktor Patrick McMahon - były koordynator transplantacji w USA - oskarża lekarzy w tym kontekście nawet o to, że "bawią się w Boga". Wielu zmarłych zostaje dawcami organów - ale czy naprawdę są oni zmarli? - Tylko żywe narządy nadają się do przeszczepu -  wyjaśnia kardiolog dr Paolo Bavastro. 

Reklama

Aby lekarze mogli pobrać serce, wątrobę albo nerki z jeszcze "żywego" ciała, nie narażając się na odpowiedzialność karną, w roku 1968 wprowadzono alternatywną definicję śmierci, tzw. śmierć mózgową. Oznacza ona nieodwracalny zanik aktywności mózgu, przy jednoczesnym zachowaniu innych funkcji organizmu. 

Szacuje się, że obecnie setki tysięcy Polaków cierpią wskutek nietolerancji glutenu. Co więcej, większość z nich zdiagnozowała się sama - lekarze zwykle co najwyżej potwierdzają, iż jeśli komuś dieta bezglutenowa pozwala czuć się lepiej, to może ją kontynuować. Wydaje się więc, że nietolerancja tej mieszaniny białek, w przeciwieństwie do prawdziwej celiakii, czyli chronicznego zapalenia śluzówki jelita cienkiego, której towarzyszą objawy takie jak bóle kości czy anemia, może być w dużym stopniu naszym wymysłem.

Pomijając stosunkowo nieszkodliwe nietolerancje pokarmowe, lista wymyślonych chorób jest coraz dłuższa. Znalazł się na niej choćby tzw. syndrom Sissi, czyli rzekoma forma depresji. Do jej objawów zalicza się niepokój, niestałość, hiperaktywność, wahania nastrojów i problemy z poczuciem własnej wartości. Autor publikacji medycznych i naukowych, Jörg Blech, ustalił, że choroby nie odkryto w gabinetach lekarskich, lecz w dziale marketingu firmy farmaceutycznej - i to tylko po to, by stworzyć przypadłość pasującą do istniejącej już pigułki. 

Ale po co właściwie ten cały wysiłek? - Z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego chorują zwykle niewłaściwi ludzie, czyli biedni i starzy, którym nie pozostało zbyt wiele życia - wyjaśnia prof. Karl Lauterbach. Dlatego giganci farmaceutyczni dążyli w ostatnich latach do takiego stanu rzeczy, by to osoby dobrze sytuowane poczuły się chore - a to udaje się najczęściej z pomocą schorzeń "zaprojektowanych" specjalnie dla określonej grupy docelowej. - W tym układzie lekarze stają się wspólnikami przemysłu - wyjaśnia Blech.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje