Reklama

​Mroczne tajemnice medycyny: Czego nie mówią nam lekarze?

Niektórzy lekarze wychodzą z założenia, że pacjenci dla własnego dobra powinni wiedzieć jak najmniej. /123RF/PICSEL

Reklama

I właśnie tu według dużej części ekspertów leży problem: Coś, co wydaje się nieszkodliwe, a w rzeczywistości jest niebezpieczne, dla pacjenta staje się groźne podwójnie.

Istnieją metaanalizy, które sugerują, że antydepresanty są skuteczne zaledwie w jednym na dziesięć przypadków - mimo to tysiące ludzi leczących się w Polsce na depresję jest poddawanych takiej terapii. A przecież lekarze, wypisując receptę, muszą wiedzieć, że narażają tym samym swoich pacjentów na niepotrzebne ryzyko, ponieważ antydepresanty mają poważne skutki uboczne. 

Reklama

Profesor Peter Gotzsche, dyrektor Nordic Cochrane Centre, który badał objawy zdrowotne towarzyszące tego typu lekom, oszacował, że spośród 1,2 miliarda mieszkańców krajów zachodnich, rocznie ok. 500 tysięcy umiera z powodu skutków ubocznych po ich zażyciu. Szczególnie niebezpieczne są one u ludzi w podeszłym wieku oraz młodzieży.

Przykładem są tzw. selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI). Od lat w środowisku fachowym toczy się na ich temat spór, ponieważ istnieją podejrzenia, że zwiększają ryzyko samobójstwa. Według wielu ekspertów winę za to ponosi szczególna właściwość leków bazujących na SSRI - powodują one wzmożenie aktywności u ludzi cierpiących na depresję, co pomaga im pokonać apatię. Problem w tym, że lek daje więcej energii na realizację każdego zamierzenia, a więc i samobójstwa. 

Jest to niebezpieczne zwłaszcza w początkowej fazie leczenia. - Pacjent może jeszcze czuć się mocno depresyjnie i chcieć umrzeć - podczas gdy lek zaczyna już działać na inicjatywę - wyjaśnia prof. Andreas Meyer-Lindenberg z Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w Mannheim. Jednak nawet krytycy SSRI wiedzą, że obecnie właściwie nie ma alternatywnych metod, przynajmniej w najtrudniejszych przypadkach. Powód: inne antydepresanty mają jeszcze więcej skutków ubocznych, a nieleczona ciężka depresja jest piekłem.

W Polsce na przeszczep organu czeka obecnie blisko 4700 osób. Co roku dostępnych staje się tylko ok. 2400 narządów. Czas oczekiwania na przeszczep nie jest więc krótki. W przypadku nerki jest to średnio 2,5 roku, a w przypadku serca - 14 miesięcy. Co to jednak dokładnie oznacza? Czy wystarczy poczekać odpowiednio długo, by otrzymać potrzebny organ? Niekoniecznie. Lekarze w rozmowie z ciężko chorymi pacjentami często nie są szczerzy. Obok swego rodzaju twardych kryteriów (grupa krwi, możliwe odrzucenie przeszczepu itd.), decydujących o tym, czy dany organ w ogóle pasuje do biorcy, istnieją też liczne "miękkie kryteria".

I to właśnie one odgrywają kluczową rolę w procesie przyznawania narządów. Wielu zainteresowanych nie dowie się na przykład, że dla każdego nowo zgłoszonego organu do przeszczepu kolejkę oblicza się na nowo. Jednak nawet jeśli pacjentowi poszczęści się na tym etapie, nie oznacza to jeszcze, że zostanie automatycznie wybrany do transplantacji. Więcej: Nie oznacza to, że w ogóle kiedykolwiek dostanie potrzebny narząd. Jak to możliwe? Jeśli dwaj pacjenci na liście oczekujących są zbyt podobni do siebie pod względem wymiernych kryteriów, jest remis. W Europie na nerkę czeka ponad 10 tysięcy osób - problem ten pojawia się więc częściej, niż można by przypuszczać.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje