Reklama

Zakończył się najdłuższy wyścig świata

Przez 10 dni pokonali konno 860 kilometrów azjatyckich stepów. Wszystko to w ramach Mongol Derby, który jest najdłuższym wyścigiem konnym świata.

Na metę jako pierwsi przybyli równocześnie architekt z Południowej Afryki Charles van Wyk i lokalny jeździec Shiravsambuu Galbadrakh. Pokonali zawodników pochodzących między innymi z Argentyny, Australii, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych. Ale wynik nie jest najważniejszy.

Reklama

Czyngis-chan byłby z nich dumny

The Adventurists, grupa Brytyjczyków, która zorganizowała ten rajd, zbierała w ten sposób pieniądze na pomoc mongolskim dzieciom. Wyprawa ma też promować mongolską tradycję i kulturę.

Uczestnicy zmieniali wierzchowce co mniej więcej 40 kilometrów na stacjach zaprojektowanych na wzór tych, jakie za czasów Czyngis-Hana służyły pocztowcom dostarczającym listy od Oceanu Spokojnego po Europę.

Każdy uczestnik rajdu miał ze sobą tablicę taką, jaką mieli zawsze ze sobą wojownicy imperium. Upoważniała ich do swobodnego podróżowania przez tereny całego Imperium Mongolskiego.

Nie znaczy to, że na czas wyścigu odcięli się zupełnie od cywilizacji. Mieli przy sobie telefony i nadajniki satelitarne przypięte do siodeł.

- Współcześnie dużo się zmienia na stepach, ale dalej prowadzi się tutaj w znacznej mierze bardzo tradycyjne życie - ocenia Van Wyk w rozmowie z AFP. Tubylcy bardzo pomogli mu w zorganizowaniu trasy i samego wyścigu.

Na każdej stacji na jeźdźców czekała gotowana baranina i sfermentowane mleko, narodowy napój Mongolii. Gdy zapadała noc, znajdowali schronienie w obozowiskach pasterzy.

Był jednak momenty, gdy musieli spać w szczerym polu.

- Czasami miałem chwile zwątpienia i zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię. Byłem strasznie zmęczony. Ale gdy wstawałem rano, dosiadałem konia i ruszałem w step. To naprawdę niesamowite uczucie - opowiada van Wyk.

To najtwardsi i najodważniejsi Europejczycy

Na potrzeby wyścigu użyto około 700 koni. - Byłem wiele razy w Mongolii w ostatnich latach. Dopiero tutaj na miejscu zrozumiałem, jak koń jest ważny na stepie. Nie ma innego miejsca na Ziemi z taką liczbą koni i tak ogromną wolną przestrzenią - opowiada Tom Morgan, szef The Adventurists.

The Adventurists organizują też rajd samochodowy z Londynu do Ułan Bator. Ale dopiero rajd konny, zdaniem Morgana, był prawdziwym wyzwaniem.

- Wszystko się jednak udało. Głównie dzięki nomadom i naprawdę dobrym koniom, które nam dostarczyli - opowiada.

Wszyscy jeźdźcy ukończyli wyścig stosunkowo bez szwanku, wyłączając zadrapania i otarcia oraz jedną drobną kontuzję.

Taki rezultat bardzo dziwi Yundenbata Unenburena, który pomagał ustawiać punkty przesiadkowe na trasie.

- Nie sądziłem nawet, że dotrą do połowy tej trasy. Ale wszyscy dotarli do mety. Udowodnili mi, że się myliłem. To najtwardsi i najodważniejsi Europejczycy jakich widziałem - mówi.

The Adcenturists wyruszają ponownie za rok. Do wyścigu może zgłosić się każdy na stronie mongolderby.theadventurists.com. Trzeba umieć jeździć konno i znać zasady przetrwania wśród dzikiej przyrody.

Michael Kohn (AFP), tłum i opr. ML

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rajd | wyścig

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje