Reklama

W walce o przetrwanie

Ostatnia relacja z wyprawy do austriackiego Leogang. Michał Paluch opisuje , jak zdobyli z Wadimem dwutysięcznik Passauer Hutte.

To miał być zwykły wypad na górski szlak... W poprzednią noc ostre burze spowodowały uszkodzenia na trasie bike parku, gdzie od kilku dni trenowaliśmy, więc dziś postanowiliśmy zrobić sobie zwykły parogodzinny "walking" na szlaku, w kierunku dwutysięcznika Passauer Hutte. Jest to szczyt dominujący nad całą doliną Leogang. Wszystko zapowiadało się bardzo sielankowo. Nawet buty i ciuchy wzięliśmy te same, co na rower. W ostatniej chwili wróciliśmy się jednak po bluzy Pajaka, co jak się za chwilę okaże uratowało nam przy najmniej zdrowie jak nie życie... Czy po takich przygodach jak jazda na tandemie downhillowym, jak wspólne narciarstwo na czarnych trasach Dolomitów, jak zjazd rowerem z Baraniej Góry - zwykły spacer na własnych nogach może okazać się najbardziej ekstremalny?

Reklama

Wadim, choć jest zupełnie niewidomy nie ma przecież problemów z chodzeniem. Na nartach czy rowerze uczyliśmy się jeździć kilka lat, ale wchodzenie pod górę to przecież "pikuś". Piękna pogoda przyciąga wielu turystów. Dopiero na wysokości grubo przekraczającej 1 500 metrów dostrzegamy, że większość z nich ma przytwierdzone do plecaków kaski, kije, a niektórzy jeszcze bardziej zaawansowany sprzęt asekuracyjny. My mamy Liony, Red Bulle, ubrania w góry Pajaka, aparat no i jak zawsze dużo siły i pełno chęci do działania. "Popinamy" bez kompleksów.

W końcu jednak trasa pnie się bardziej ostro w górę. W końcu zaczynamy iść na czworaka. Piękne widoki i poczucie coraz większej ekstremy napędzają nas pod górę jak rzadko kiedy. Pot, bicie serca, ziemia i kamienie pod pociętymi opuszkami palców, to rzeczywistość, którą znamy chociażby z roweru. Turystów jest coraz mniej a ci, którzy nas mijają nie kryją zdziwienia. Jak tylko który orientuje się, że Wadim jest niewidomy namawia nas do natychmiastowego powrotu. Nie ma mowy! Nawet nie wdajemy się w dyskusje. Co prawda w momencie, w którym zaczynają się łańcuchy i liny przytwierdzone do pionowych ścian sami zaczepiany grupę schodzących alpinistów. Traktują nas jednak z takim niedowierzaniem, że w sumie to pogarsza sprawę. A przecież mamy dojść na górę i już.

Na tej wysokości, po tylu godzinach wspinaczki, bez dalszych napojów i pożywienia musimy dojść na szczyt gdzie jest podobno schronisko. W końcu zaczynamy iść niemalże jeden na drugim. Następnie zaczynamy się wzajemni dopingować, przekonywać, że przecież to była słuszna decyzja. Potem przychodzą chwilę zwątpienia... W końcu, gdy okazuje się, że znikają ostatnie tarasy kosodrzewiny i otaczają nas już tylko jęzory wiecznego śniegu i wyłupiastych biało srebrnych skał, czujemy prawdziwy strach... Z drugiej strony jednak czujemy coś, co jak zwykle w takich sytuacjach pcha nas dalej w górę.

Buty zaczynają się w końcu ślizgać. Na goleniach i kolanach pojawiają się pierwsze łezki krwi z otartej skóry. Głos zaczyna się załamywać w momencie, kiedy uderzenie wiatru przyciska nas bezwładnie do skały. Tu już nikogo nie ma. Zaczyna też brakować siły. Nie ma mowy żebyśmy w ogóle dzisiaj zdołali wrócić. Z resztą wrócić się nie da, bo to po prostu logistycznie nie możliwe. W takich warunkach łatwiej się wchodzi niż schodzi, o czym przekonujemy się jednak za późno. Zaczyna się wyścig z czasem. Czy zdążymy przed nocą? Dalej nie wiemy jak daleko do końca. Idziemy w końcu tip topami po kilkunastocentymetrowym balkoniku, wystającym z pionowej ściany. Pojawiają się myśli absolutnie ekstremalne i w istocie dramatyczne. Od czasu do czasu koncentracje przerywają urywające się spod nóg lub gdzieś znad głowy większe i mniejsze kamyczki, opadające bez wieści na dół. W końcu zaczynamy szeptać między sobą o wezwaniu pomocy i helikopterze.

Potem resztki adrenaliny przywracają jednak młodzieńczą świadomość - damy rady, musimy tą górę pokonać! Wadim zaczyna jednak tracić orientacje. Wyobraźnia niewidomego w takich warunkach daje znać o sobie. Jeszcze dwadzieścia, dziesięć, pięć metrów i zejdziemy z tej przerażającej krawędzi. Ale co jest potem? Tu przynajmniej można ubrać bluzy Pajaka, które szybko ogrzewają trzęsące się ciała już nie tylko ze strachu, ale również z zimna. Skalne kamieniste bulwy, ostre kamienne szpice i rogi, obślizgłe od porostów, łysiejące kolana wapieni - takie skojarzenia ma niewidomy Wadim, chwytający kolejne piętra skał. Dają o sobie znać pierwsze kontuzje. Wadim nadwyręża ścięgno Achillesa. Uniesionym wzrokiem, dostrzegam majaczące w oddali zabudowanie. Po dłuższej chwili podbiegają pierwsi ratownicy. Wszyscy klaszczą i krzyczą brawo. My nie mamy już siły. Padamy w ich ramiona. Dostajemy jakieś ciepłe napoje.

Nie ukrywamy tych momentów, gdzie przecież modliliśmy się o przeżycie, również tych, gdzie wzajemnie dodawaliśmy sobie siły. Rozmawiamy teraz z ratownikami o wszystkim. Mówią nam, że obserwowali nas od dłuższego czasu przez lornetki, że zostali powiadomieni przez turystów, którzy nas mijali, że niewidomy wspina się po skałach, że wiedzieli, że nam się uda... Okazuje się, że znają nas z opowieści o dwóch takich Polakach, co jeżdżą na tandemie, choć jeden jest podobno niewidomy. W grupie przewodników jest zawodowy ratownik z Nepalu, na co dzień pracujący w Himalajach. Dotyka naszych ubrań i pokazuje, że ma te same. Noc spędzamy na dwóch tysiącach przy radiu z relacją z finałowego meczu Mistrzostw Europy. Rano ratownik austriacki - Hubert Stainer oraz przewodnik z Nepalu o imieniu Man Bahadur zakładają nam liny asekuracyjne i pomagają zejść na dół. Po wyleczeniu odcisków i drobnych ran wracamy na rower.

Open2be

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: niewidomy | przetrwanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje