Mieszczuch na Mont Blanc

Wakacje pod palmą i zimne drinki z parasolką odchodzą w przeszłość. Teraz na topie są górskie raki, zupki w proszku i grube polary, a główne atrakcje to przemarznięte nogi, ekspozycje i latające "telewizory".

Mieszczuchy zamiast tropików wybierają ekstremalne zimno, wspinając się na słynną Białą Górę - najwyższy szczyt zachodniej Europy...

Reklama

Tomasz Smaczny, 31 lat, pracuje w znanej agencji reklamowej. - Jestem zwykłym "zarobionym" facetem z dużego miasta. Nie wspinam się, nie chodzę po Tatrach każdego roku, nie byłem nawet na Rysach - mówi o sobie. Latem postanowił wspiąć się z kolegą na Mont Blanc.

- Góra ta jest na tyle osiągalna i bliska, że wejście na nią wydawało się leżeć w granicach możliwości. A jednocześnie jest na tyle nieosiągalna i daleka, ze skutecznie rywalizuje z tatrzańskimi szlakami - tłumaczy.

Zanim ruszył z kumplem Karpiem do Chamonix, przemyślał spokojnie sprawę. Szczyt zdobyty został po raz pierwszy w roku 1786. - Wtedy nikomu nie marzyło się o dzisiejszym sprzęcie, a chłopcy jakoś dali radę i to zdecydowało - mówi.

Bezsenność na Le Gouter

Zatrzymali się w schronisku w pobliskiej miejscowości Les Houches. - Drzwi do schroniska są otwarte, nikt nie pilnuje, więc władowaliśmy się i spaliśmy - opowiada Smaczny. Rano powitał ich Olivier, opiekun schroniska, młody chłopak o dobrodusznej twarzy i lekko kręconych blond włosach. Od razu zimny prysznic. - Wejście na trasę jest "krańcowo niepolecane" - mówi Olivier. - Droga Le Gouter, najpopularniejszy szlak na szczyt, jest bardzo niebezpieczna w tym roku. Wyjątkowo gorące lato spowodowało, że podłoże kluczowego Wielkiego Kuluaru ociepliło się nadzwyczajnie i z góry żlebami lecą groźne kamienne lawiny - wyjaśnia spokojnie.

- Prawdziwe "telewizory" - skomentowali tego samego dnia polscy wspinacze spotkani w biurze wysokogórskim w Chamonix. Za mapę służyły im dwie kartki A3 z wydrukowanym fragmentem zeskanowanego planu z dorysowaną ręcznie drogą, ściągnięte z witryny internetowej niejakiego Conana. Po jedenastu godzinach marszu w typowych tatrzańskich warunkach, doszli do schroniska Tete Rousse na wysokości 3100 metrów.

- W nocy nie mogłem zmrużyć oka, a serce waliło mi niemiłosiernie. Połknąłem aspirynę, która rozszerza naczynia krwionośne i pozwala na lepsze dotlenienie organizmu. Dostałem też lekkiego krwotoku z nosa. Nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok śmiertelnie zmęczony. To była choroba wysokościowa - opowiada Smaczny.

Strach przychodzi w dzień

Tomasz z kolegą nie byli odpowiednio ubrani do wyprawy w tak ekstremalne warunki. Zakładali narciarskie spodnie ogrodniczki, kaski paralotniowe i wiązane proste raki. Buty mieli zwykłe - do chodzenia latem po górach. - Naszym ekwipunkiem zwracaliśmy powszechną uwagę, bo wyglądaliśmy jak kolorowo zdobione choinki i odróżnialiśmy się od idealnie wyekspediowanych westmanów. Z przerażeniem się nam przyglądali - wspomina ze śmiechem Tomasz.

Na początku wszystko szło dobrze. Wspinali się łatwą granią, na której od czasu do czasu napotykali usypane kopczyki - drogowskazy. Powoli uświadomili sobie, że wybrali złą drogę. Wspinaczka była coraz cięższa, improwizowali, a kruszyzna usuwała się spod nóg. Po lewej była przepaść, po prawej szeroka połać żlebu, której trawers w niepewnym terenie i przy lecących z góry kamieniach przyprawiał o drżenie serca. Grań robiła się coraz bardziej stroma i od tego widoku kręciło się w głowie.

- Co chwilę waliłem w skałę tym przeklętym za małym, ale jakże zbawiennym paralotniowym kaskiem - mówi podróżnik. Musieli szukać właściwego szlaku i zejść do żlebu. - Byłem cały mokry z nerwów, strachu i zmęczenia i niemal gotowy dzwonić po helikopter - dodaje.

Prawa, czekan, lewa, prawa, znowu czekan, a dopiero minęła jedna trzecia drogi. Po kolejnych dwóch godzinach wspinaczki wdrapali się do schroniska Gouter na wysokości 3800 metrów, drugiego schroniska, które jest już bazą wypadową na szczyt. Byli kompletnie wyczerpani, mieli tętno przyspieszone, a sen znowu byle jaki. - Czułem, że działam jak zwierzę. Skupiam całą siłę woli na tym, żeby nabrać energii. Herbata, zupa i spanie - komentuje Smaczny.

Lekcja pokory

Około czwartej w nocy ruszyli w czarną otchłań, patrząc na gwałtowne załamania terenu i ściany lodowe. Skupieni na śladzie, szli krok za krokiem, odpoczywając co kilka minut. Oddychali już bardzo ciężko, choć Mont Blanc był jeszcze daleko.

Na kolejnym zboczu stał prosty blaszany schron Vallot wyznaczający połowę drogi na szczyt. Wgramolili się do środka i zobaczyli niemiłosierny bałagan, śmierdziało, a dwaj Niemcy spali otuleni w stare koce. Tomasz myślał tylko o ogrzaniu nóg. Zawinął stopy w koce i rozcierał zapamiętale. - Nogi były trochę cieplejsze, ale ogólne samopoczucie beznadziejne. Było mi niedobrze, bolała mnie głowa i odechciewało się wszystkiego - opowiada.

Ruszyli dalej, wdrapując się powoli i zapadając po kolana w śnieg. Na szczęście potężny wiatr ustał na końcu podejścia. Wchodzili coraz wyżej, mijając szczeliny i lodowe ściany. Coraz częściej musieli iść "żyletą" - śnieżną granią. Po prawej Włochy, po lewej Francja, widoki obłędne, ale ręka zaciśnięta do bólu na czekanie.

Na ostatniej ścianie ścieżka miała szerokość tylko dwóch stóp, a po obu stronach przepaście. - Nie rozglądałem się na boki, patrzyłem pod nogi i liczyłem kroki dla zachowania rytmu i równowagi - opowiada Smaczny. Nagle zrobiło się płasko. - Byliśmy na Blancu. Ściskałem się z kolegą, on śmiał się histerycznie. Dookoła roztaczał się niesamowity widok, wszystkie szczyty były już pod nami - entuzjazmuje się warszawiak.

Na szczycie spędzili tylko 20-30 minut. Trzeba wracać! Po trzech godzinach, kompletnie wyczerpani zeszli do schroniska Gouter. Ostatniego dnia marsz do Les Houches trwał w sumie prawie dwanaście godzin. - Goniła nas myśl o prysznicu, dobrym jedzeniu i poczciwym Olivierze ? uśmiecha się Tomasz Smaczny.

Z perspektywy modnej warszawskiej knajpki, w której właśnie przeglądamy zdjęcia, uważa, że to była niezwykła sprawa. - Mont Blanc polecam wszystkim szukającym w sobie pokory - kończy Tomasz.

POTRZEBNY SPRZĘT NA MONT BLANC WEDŁUG ORGANIZATORÓW WYPRAW WYSOKOGÓRSKICH:
• plecak 70-90 litrów, buty (takie jak w Tatry zimą, nie muszą być skorupy)
• skarpetki (coolmax, inne)
• bielizna antypotna
• spodnie z polaru, bluzy polarowe
• kurtka i spodnie z membrany (gore, inne)
• dwie pary rękawiczek (na 5 palców, łapawice na 2 palce)
• steptuty (ochraniacze), dwie czapki, okulary lodowcowe (mogą być gogle)
• krem UV 25, preparaty odstraszające komary
• raki, kask, czekany, kije składane, uprząż, karabinki zakręcane (4 szt.), repsznur na prusiki (4 szt.)
• latarka czołówka, kocher, palnik, gaz, termos, sztućce (nóż + łyżka)
• śpiwór, karimata, folia NRC, namiot, apteczka, przybory toaletowe.

Joanna Rokicka

Dowiedz się więcej na temat: telewizory | spodnie | nogi | szczyt | schroniska | mont blanc

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje