Reklama

Rowerem przez... Himalaje. Niezwykły wyczyn Polaka!

/materiały prasowe

Marcin Korzonek przez ponad miesiąc przemierzał samotnie najwyższe pasmo górskie świata, Łapiąc łapczywie każdy oddech, walcząc z chłodem, wiatrem i wycieńczeniem organizmu.

Jego bilans to 1300 km przejechanych w poziomie, ponad 18 km w pionie i 24 dni czystej jazdy.

Reklama

"Indie się kocha albo nienawidzi"

Wielotysięczne przełęcze, rzadkie powietrze, mróz w nocy i palące słońce za dnia, pustynny teren na odludziu, potworne przewyższenia oraz groźba choroby wysokościowej. Nie brzmi to jak najlepszy plan na wakacje, prawda?

Innego zdania jest Marcin Korzonek, wrocławski podróżnik z ponad 20-letnim doświadczeniem, instruktor turystyki rowerowej, dziennikarz i informatyk.

W ramach wyprawy Kross the Himalaya 2018 przez prawie miesiąc samotnie przemierzał na dwóch kółkach himalajskie szczyty w indyjskim rejonie Ladakh, zwanym małym Tybetem. Wyjechał 16 sierpnia, a do Polski wrócił w ostatnich dniach września.

Przejechał w tym czasie słynne i ekstremalnie niebezpieczne trasy Srinagar-Leh (434 km) i Leh-Manali (480 km), pokonując 10 przełęczy położonych na wysokości powyżej 3000 m n.p.m., w tym cztery - Khardung La, Chang La, Tanglang La i Lachulung La - powyżej 5000 m n.p.m.

Księżycowy krajobraz, błoto i wraki

Korzonek najpierw zameldował się z rowerem w indyjskim Kaszmirze, najbardziej niespokojnym stanie Indii. - Jeszcze w 1999 roku w przygranicznym rejonie Kargil walczyły tam ze sobą wojska indyjskie i pakistańskie, a wojna pochłonęła ponad 1000 ofiar. Dlatego do dziś posterunki i żołnierze są w tej okolicy wszędzie, a zagraniczni turyści muszą meldować się w check-pointach - relacjonuje.

- Ogólnie droga była ciężka, chociaż w 80 procentach asfaltowa. Nigdy nie zapomnę cudownych widoków w tym surowym krajobrazie. - tłumaczy Marcin Korzonek.

W sakwach rowerowych upchał więc 30-kilogramowy bagaż, w tym namiot, jedzenie, niezbędne leki wraz z tabletkami na chorobę wysokościową które na szczęście się nie przydały i potężne zapasy wody. Dodatkowo ratował go panel słoneczny.

- Jestem z siebie zadowolony jeśli chodzi o kondycję i strategię jazdy. Udało się też uniknąć poważnych awarii, mój trekkingowy model roweru KROSS Trans 11.0 spisał się bez zarzutu - mówi.

- W ciągu całej wyprawy widziałem 7 starych wraków aut i motocykli. A z krętych dróg w regionie Ladakh potrafią spadać całe autobusy, co często kończy się śmiercią wszystkich pasażerów - wyjaśnia.

Salut i szacunek dla żelaznej determinacji

Trudniejszymi momentami okazały się także noce, które w większości spędził w namiocie. Temperatura potrafiła spaść poniżej zera, woda w bidonach zamarzała, a na namiocie pojawiał się szron.

- Najbardziej żywiołowo reagowali motocykliści, zatrzymując się i z szacunkiem wykonując przy mnie "salut". Słyszałem, że jestem człowiekiem z żelaza i to niezwykle dodawało mi otuchy - śmieje się Korzonek. - Bo najważniejsza jest odporność psychiczna. Gdy człowiek zorientuje się, że znajduje się sam w najwyższych górach świata, brakuje mu tlenu, dokucza chłód, nie ma łączności internetowej i telefonicznej, to w głowie pojawiają się różne czarne wizje. Łato wtedy wymięknąć - podsumowuje.


materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje