Reklama

Motywacja do biegania: Siedem inspirujących historii

Ryszard Kałaczyński po ukończeniu setnego maratonu z rzędu /KAMIL KIEDROWSKI/REPORTER /East News

Sezon jesiennych maratonów zbliża się wielkimi krokami. Budujesz formę na życiowy rekord? Szykujesz się do debiutu? A może dopiero zaczynasz truchtać, odkładając marzenia o dalekich dystansach na kolejne sezony? Bez względu na to, na jakim jesteś poziomie, może cię dopaść kryzys motywacyjny. To normalne, a pogoda z każdym tygodniem coraz mniej będzie nas rozpieszczać. Poznaj siedem inspirujących historii, które sprawią, że od razu łatwiej przyjdzie ci ruszyć na trasę.

Czytaj także: Maratończyk wybrał samotne życie w lesie

Najlepszy biegacz wśród rolników

Zacznijmy nasz przegląd od bohatera zdjęcia otwierającego ten artykuł. Ryszard Kałaczyński jest rolnikiem i hodowcą trzody chlewnej. Chociaż ze sportem miał związek od wielu lat, podnosząc kiedyś z sukcesami ciężary, szerszej publiczności dał się poznać w 2014 roku, kiedy rozpoczął realizację ambitnego maratońskiego przedsięwzięcia.

Najwyraźniej Pan Ryszard jak już się za coś bierze, to z wielkim rozmachem, bo postanowił przebiec nie jeden maraton, czy kilka najważniejszych w Polsce, lecz... zaczął biegać jeden każdego dnia. I tak przez okrągły rok. Każdego dnia, nie zaniedbując przy tym obowiązków w gospodarstwie, a kto mieszka na wsi, wie doskonale, ile wymaga to pracy, wkładał buty sportowe i gnał przed siebie, pokonując dystans 42 kilometrów i 195 metrów.

Reklama

W trakcie realizowania ambitnego przedsięwzięcia inspirującym biegaczem zainteresowały się media, śledząc bacznie postępy Pana Ryszarda. Reporterzy towarzyszyli mu między innymi na mecie setnego biegu, a także ostatniego. 

15 sierpnia 2015 roku w swojej rodzinnej wsi przebiegł maraton po raz 366. Nieprzypadkowo nazwisko Ryszarda Kałaczyńskiego znalazło się niedługo potem w Księdze Rekordów Guinnessa.

Maraton lekarstwem na ciężką chorobę

Kilka lat wcześniej identyczne wyzwanie podjęła Annette Fredskov. W 2010 roku u kobiety mieszkającej w Naestved, stosunkowo niewielkiej mieścinie oddalonej o godzinę drogi od Kopenhagi lekarze zdiagnozowali stwardnienie rozsiane. Chcąc wzmocnić swój organizm i dodać mu sił w walce z chorobą, zaczęła biegać.

Po raz pierwszy z trasą maratonu zmierzyła się jesienią 2010 roku we Frankfurcie. Kuracja biegowa okazała się na tyle skuteczna, że Annette Fredskov postanowiła pokazać na swoim przykładzie innym, że choroba nie musi oznaczać końca aktywnego stylu życia. Tak jak później Pan Ryszard, zaczęła codziennie biegać królewski dystans. Zatrzymała się po 365 dniach, raz pokonując maraton... dwukrotnie. 

"Mam nadzieję, że udało mi się zmotywować kogoś do spełnienia własnych planów i ambicji. Trzy lata temu zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Dzisiaj, bez zażywania leków, nie odczuwam symptomów choroby. Jestem przekonana, że bieganie miało na to znaczący wpływ" - opowiadała w 2013 roku dziennikarzom po ostatnim z 366 biegów.

Sensacyjny zwycięzca ultramaratonu

W 1983 roku na starcie pierwszego ultramaratonu z Sydney do Melbourne, morderczej próby na dystansie 875 kilometrów stawił się 61-letni mężczyzna. Był to Cliff Young, tak jak Pan Ryszard - rolnik o godnej pozazdroszczenia kondycji. Biegał od dziecka, pomagając rodzicom w pracy w polu i zaganiając zwierzynę z pastwisk.

Ale czy to mogło wystarczyć na ultramaraton? Pan Young wystartował w spokojnym rytmie. Kiedy szybsi zawodnicy zatrzymywali się, by chwilę się przespać i zregenerować organizm, on cały czas niestrudzenie pokonywał kilometry, przesuwając się w stronę Melbourne. Jego taktyka była prosta - biec, aż do linii mety. Przystawał tylko, by zjeść, napić się, chwilkę odsapnąć lub pójść za potrzebą. Wkrótce wyszedł na czoło wyścigu.

O postępach rolnika informowały media, a historia człowieka znikąd, który rzucił się na szalone wyzwanie skradła serca Australijczyków. W Melbourne, gdzie dotarł po pięciu dniach, piętnastu godzinach i czterech minutach, witały go tłumy. Owację pod adresem zwycięzcy były jeszcze większe, gdy oświadczył, że nagrodą pieniężną chętnie podzieli się z zawodnikami, którzy przybyli po nim na metę.

Biegaczka, która wytyczyła kobietom szlak

Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobiety miały zakaz wstępu na trasy biegów maratońskich. Kto wie, kiedy panowie poszliby po rozum do głowy i zezwolili na starty pań, gdyby nie postawa pewnej odważnej - i świetnie biegającej - Amerykanki.

Działo się to w 1967 roku w Bostonie. 20-letnia Kathrine Switzer zapisała się na miejscowy maraton. Jej rejestracja przebiegła gładko, ponieważ zamiast pełnego imienia podała jedynie inicjały i nazwisko. Organizatorzy sądzili zapewne, że to kolejny mężczyzna.

Młoda Kathrine biegła w asyście znajomych, w tym swojego trenera i partnera. Wsparcie przydało się na trasie. Kiedy Jock Semple, jeden z organizatorów, myśląc, że dziewczyna bez rejestracji wmieszała się w tłum biegaczy, próbował siłą zmusić ją do zejścia z trasy. Towarzyszący jej panowie - a także inni zawodnicy - stanęli jednak w obronie koleżanki, dzięki czemu mogła dokończyć bieg.

Starania Panny Switzer na rzecz równouprawnienia kobiet w sporcie z czasem przyniosły zamierzony skutek. Panie zostały dopuszczone do startu w bostońskim maratonie w 1972 roku. Z biegiem lat Kathrine Switzer i Jock Semple zaprzyjaźnili się, ale zdjęcia szarpaniny z 1967 roku na zawsze pozostaną symbolem walki o biegowe marzenia i prawa kobiet. 

Amator z minimum na igrzyska olimpijskie

Trudno o drugą taką dyscyplinę sportu jak bieganie. W jakiej innej aktywności amatorzy mogą w jednych zawodach wystartować razem z mistrzami olimpijskimi czy rekordzistami świata? W najważniejszych biegach ulicznych to możliwe. Oczywiście oglądamy co najwyżej plecy najszybszych maratończyków, ale satysfakcja jest gwarantowana.

Michalis Kalomiris, prawnik z Aten, jest dowodem na to, że czasem fenomenalnie wytrenowany amator może nie tylko biec tą samą trasą co najlepsi, ale też zapukać do drzwi z napisem elita. W marcu 2015 roku 30-letni wówczas biegacz wystartował w maratonie w Rzymie. Biegł świetnie, z czasem 2 godzin i 29 minut znalazł się w czołowej dziesiątce prestiżowych zawodów.

Minimum olimpijskie wymagało przebiegnięcia 42 kilometrów i 195 metrów w czasie o dziesięć minut krótszym, dlatego możemy sobie tylko wyobrazić zdziwienie Greka, kiedy po dłuższym czasie przeczytał w internecie, że... zakwalifikował się na igrzyska olimpijskie! Okazało się, że chociaż formalnie minimum nie osiągnął, ze względu na miejsce w czołowej dziesiątce biegu maratońskim tak wysokiej rangi, przysługuje mu prawo startu w Rio!

Biegacz z Aten poprosił o długi urlop w pracy i dzięki wsparciu równie podekscytowanych przełożonych zaczął przygotowania. W Brazylii z czasem 2 godziny, 37 minut i 3 sekundy zajął odległe 132. miejsce, ale nie to w jego historii jest przecież najważniejsze.  

Najszybszy emeryt na świecie

Gene Dykes ma 73 lata i biega tak, że mało kto wśród amatorów może za nim nadążyć. Nie tylko dlatego, że biega szybko, ale też - bardzo daleko.

Amerykanin na poważnie zajął się długimi dystansami w wieku 58 lat. Pierwszy maraton ukończył wówczas z czasem 3 godzin i 43 minut. Od debiutu znacząco poprawił swoje wyniki, a przed dwoma laty zrobiło się o nim głośno, kiedy - mając siódmy krzyżyk na karku - pokonał królewski dystans w mniej niż trzy godziny (2:54:23). 

Chociaż lata lecą, Pan Dykes utrzymuje wyborną formę. Przed paroma miesiącami zmierzył się z dystansem ultramaratonu, pokonując pięćdziesiąt kilometrów w rekordowym czasie 3 godzin, 56 minut i 43 sekund. W swojej kategorii wiekowej od lat nie ma sobie równych.

Wiek w bieganiu? To tylko liczba

Z całym szacunkiem dla Gene’a Dykesa i kilku wcześniej wspomnianych biegaczach w sile wieku, na tle ostatnich bohaterów niniejszego tekstu to wciąż młodzieniaszki. Harriette Thompson z San Diego zaczęła biegać w wieku, kiedy stereotyp nakazuje zajęcie się wnukami, bujanie w fotelu z kotem na kolanach i - jeśli wzrok pozwala - szydełkowanie.

Zamiast aktywności zarezerwowanych dla kobiet w jej wieku, Pani Thompson postanowił zadbać o swoje zdrowie, regularnie trenując. Miała 76 lat, a bieganie wkrótce przerodziło się w pasję. Od 1999 do 2015 roku wystartowała w szesnastu maratonach w San Diego, zostając najstarszą kobietą, która ukończyła tak wymagający bieg.

W czerwcu 2017 roku, w wieku 94 lat, przebiegła półmaraton, dokładając jeszcze jedno imponujące osiągnięcie do swojego biegowego CV. Zmarła w październiku tego samego roku. Najstarszym maratończykiem pozostaje natomiast Fauja Singh, pierwszy stulatek, który zameldował się na mecie królewskiego dystansu.

Prawda, że od razu trudniej o dobrą wymówkę, by dzisiaj nie biegać?

Zobacz również:

Yungas Road: Najbardziej niebezpieczna droga świata

Krwawy śnieg: Na czym polega to zjawisko?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje