Reklama

Everest 1980. Jak Polacy ruszyli po Święty Graal himalaizmu

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, pierwsi zdobywcy Everestu zimą /Wikimedia Commons /domena publiczna

Na Everest zimą 1980 roku weszli młodzi wspinacze. Zbyt duża wiedza i wyobraźnia by ich ograniczała. Pojęcia nie mieli, na co się zasadzili, a im bliżej szczytu, tym bardziej przyciągała ich magia Everestu. I stąd te słowa Leszka Cichego. Jedynie dla Everestu byli w stanie poświęcić tak dużo - mówi Piotr Trybalski, współautor książki "Gdyby to nie był Everest...".

17 lutego 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki stanęli na szczycie najwyższej góry świata, rozpoczynając nowy rozdział w historii himalaizmu. 

Reklama

Był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty zimą przez człowieka, a wyprawy w Himalaje i Karakorum o tej porze roku wkrótce stały się znakiem firmowym polskich wspinaczy. 

Właśnie ukazała się książka autorstwa Leszka Cichego i Piotra Trybalskiego barwnie i wnikliwie oddająca wydarzenia sprzed czterdziestu lat, drogę na najwyższy szczyt świata zespołu pod kierownictwem Andrzeja Zawady i wyzwania - nie tylko natury górskiej - z którymi przyszło im się zmierzyć.

Dariusz Jaroń: "Gdyby to nie był Everest... tobyśmy chyba nie weszli". Jak rozumiesz słowa Leszka Cichego wypowiedziane tuż po wejściu na wierzchołek, a jednocześnie tytuł waszej książki?

Piotr Trybalski*: - Słowa te w jakiś sposób skupiają w sobie wszystko to, co działo się w polskim wspinaniu w latach 70., całość przygotowań tej wyprawy, problemy do rozwiązania w Polsce i na miejscu. To był cały zestaw kłód rzucanych pod nogi organizatorów przez ludzi, instytucje, w wyniku sytuacji geopolitycznej. Bo przecież dopiero w 1975 roku Polacy pierwszy raz stanęli na ośmiotysięczniku. Na końcu niejednego ciemnego tunelu zawsze świeciło się światełko, które nazywało się Everest. "My jedziemy na Everest!" - to był Święty Graal himalaizmu, a tu jeszcze wyprawa zimowa, pierwsza na ośmiotysięcznik. Motywacja była ogromna, ale właśnie dlatego, że chodziło o tę górę.

Dlatego Andrzej Zawada postawił właśnie na ten szczyt?

- Kiedyś zapytano go, czemu właściwie nie wybrał na pierwszą zimową wyprawę jakiegoś łatwiejszego ośmiotysięcznika. Trochę humorystycznie, z lekkim przekąsem, odpowiedział, że jeżeli się nie uda, powiemy, że nie weszliśmy zimą na Everest, a to lepiej brzmi niż "nie weszliśmy na Cho Oyu". Popatrz, kto wszedł na szczyt - najmłodsi, najmniej doświadczeni z całej grupy. Bogatszy dorobek z tej dwójki miał Leszek Cichy. Był już na ośmiotysięczniku Gaszerbrumie II w 1975, trudną drogą w 1976 roku próbował zdobyć K2, podszedł praktycznie pod wierzchołek, zabrakło około dwustu metrów. Na Everest weszli młodzi, bo zbyt duża wiedza i wyobraźnia by ich ograniczała. Pojęcia nie mieli, na co się zasadzili, a im bliżej szczytu, tym bardziej przyciągała ich magia Everestu. I stąd te słowa Leszka Cichego i tytuł książki. Jedynie dla Everestu byli w stanie poświęcić tak dużo. 

Balansowali na granicy akceptowalnego ryzyka?

- Leszek Cichy powiedział mi, że życie narazili przynajmniej kilka razy. Przekroczyli granicę. A nie mówię o odmrożeniach czy zwykłych problemach zdrowotnych w górach wysokich. Wiedzieli, że idą na własną odpowiedzialność. Akcja górska przebiegała tak, że de facto nikt nie mógłby im pomóc. Drugi zespół podchodził dopiero do trzeciego obozu, był o dwa dni drogi od nich. Wsparcie powinno czekać na Przełęczy Południowej, a najlepiej gdyby wyżej był obóz szturmowy, miejsce na bezpieczny odwrót, tlen... Liczyli tylko i wyłącznie na siebie. Wiedzieli, że nikt im nie pomoże. Mieli tylko psychologiczne wsparcie przez radio, cała reszta była fikcją. Andrzej Zawada zdecydował się podjąć takie ryzyko, mimo że Zyga Heinrich ostrzegał, że efekt może być tragiczny.

Jedna rzecz by się wysypała i nieszczęście gotowe.

- Niewiele brakowało. 

Krzysztof Wielicki ledwo schodził, miał problemy ze stopami.

- Lepiej nie myśleć, co by było, gdyby nie znaleźli namiotu na Przełęczy Południowej. Przecież to jest obszar wielkości stadionu, na dodatek była już noc!

Mówi się, że Andrzej Zawada wymyślił zimowe wspinanie na ośmiotysięczniki...

- Powiedziałbym, że zrobił coś, o czym inni myśleli, ale może nie mieli odwagi, by się tego podjąć. Czytałem dokumenty Elizabeth Hawley, dziennikarki i kronikarki wypraw w Himalaje. Korespondowała z Andrzejem Zawadą, organizowała dla wyprawy pozwolenia i inne formalności, miała wtedy agencję trekkingową. Z ich listów wynikało, że w tym czasie przychodziły z innych stron świata zapytania o zimowe wejście na Lhotse. Andrzej Zawada ubiegł konkurencję, miał odwagę działać pierwszy.

Odwaga to za mało.

- Miał też największe doświadczenie. Pamiętajmy, że gdyby nie załamanie pogody podczas wyprawy na Lhotse w 1974 roku, Andrzej Zawada z Andrzejem Heinrichem weszliby na szczyt. To była końcówka grudnia, byłoby to więc pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik. Zabrakło 250 metrów przewyższenia.

Był też Noszak zimą 1973 roku.

-  To był pomysł środowiska warszawskiego, żeby pojechać zimą w Hindukusz. Megalomania Andrzeja Zawady sprawiła, że jak już pojechali, to na Noszak - najwyższy szczyt Hindukuszu afgańskiego.

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mont Everest | Leszek Cichy | Krzysztof Wielicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje