Reklama

Ból przemija, chwała trwa wiecznie. Moja metamorfoza, cz.1

Pamiętaj, widzimy się na treningu o ósmej! SMS o 6:30 rano wyrywa mnie z błogiego snu. Zwlekam się z łóżka, piję kawę, pakuję torbę ze sprzętem. Zaspany przedzieram się przez poranne miejskie korki. Trener wita mnie i na rozgrzewkę funduje przebieżkę - cztery kilometry przez park. Tak rozpoczyna się moja metamorfoza...

Trzy miesiące wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Zero alkoholu, żadnych imprez, zarwanych nocy. Codziennie 8 godzin snu. Koniec z niezdrowym żarciem, słodyczami, nieregularnym odżywianiem. Do tego ciężkie treningi pod okiem wymagającego zawodowca. Czy wspomniałem już, że codziennie - pięć razy w tygodniu? Na taką propozycję nie każdy by przystał. Ja jednak długo się nie zastanawiałem. To wyzwanie, a przy okazji szansa, która może drugi raz się nie powtórzyć...

Paweł Zaremba - tak nazywa się człowiek, który zaproponował mi treningi pod swoim okiem. Jeden z najlepszych fachowców od sztuk walki w Polsce. Człowiek, który sportem żyje od lat. Dwukrotnie przebiegł Saharę, był rekordzistą "Biegu Rzeźnika", uprawiał zapasy, Kung-Fu, boks zachodni, a od ponad 20 lat ćwiczy Balintawak - filipińską sztukę walki bronią. Szkolił amatorów i zawodowców. Piłkarzy, żołnierzy, policjantów. Teraz przez dwanaście tygodni będzie szkolił mnie w swojej krakowskiej Akademii Sportu i Biznesu.

Zanim na dobre rozpocząłem program "Metamorfozy", odbyłem z Pawłem dwa treningi. Każdy kończył się podobnie - dostawałem taki wycisk, że zlany potem ledwo mogłem dotoczyć się do szatni, a pod prysznicem z nadludzkim wysiłkiem otwierałem opakowanie z żelem do mycia. Po każdym treningu umierałem przez dwa dni. Zakwasy pojawiały się w miejscach, gdzie nie miałem pojęcia, że mogą się pojawić.

Dziwiłem się, bo przecież wiedziałem, co to ciężka praca na treningach. Karate, kolarstwo, biegi przełajowe i piłka nożna nauczyły mnie jednego: w sporcie bez ciężkiej pracy nie ma efektów. A efekty to coś, co najbardziej motywuje do pracy i daje dziką wręcz satysfakcję. Dlatego też pomimo sprzeciwu, jaki wyrażało moje ciało, postanowiłem: Zrobię to!

Po ustaleniu wszystkich formalności i potwierdzeniu uczestnictwa w programie dostaję maila od Kasi, asystentki Pawła. Przesyła ustalony program moich treningów na nadchodzący tydzień. No no... jest ciekawie. Cały tydzień wypełniony zajęciami. Poniedziałek - bieg i cardio, wtorek crossfit, środa boks, czwartek crossfit, piątek Balintawak. Ostatni weekend, ostatni kufel piwa na pożegnanie i ostatnia paczka chipsów. Czas zmienić życie na lepsze...

Wreszcie nadchodzi poniedziałek. Pamiętaj, widzimy się na treningu o ósmej! SMS od Kasi o 6:30 rano wyrywa mnie z błogiego snu. Zwlekam się z łóżka, piję kawę, pakuję torbę ze sprzętem. Zaspany przedzieram się przez poranne miejskie korki. W akademii trener wita mnie i na rozgrzewkę funduje przebieżkę - cztery kilometry przez park.

Reklama

Wracamy na salę treningową i jedziemy dalej. Tym razem trening cardio. Nie ma zmiłuj, choć momentami brakuje tchu. - Dajesz, dajesz! Możesz więcej, niż ci się wydaje! - pokrzykuje Paweł. Po półtorej godziny wreszcie koniec! Ale to nie koniec dnia. Czeka mnie jeszcze osiem godzin w pracy...

Po pracy jadę na zakupy. W głowie mam żywieniowy dekalog, który przedstawił mi Paweł. Żadnego alkoholu, ograniczamy cukier, chleb tylko ciemny, na zakwasie i kilka innych rad. Zamykam więc oczy mijając półki ze słodyczami i lodówki ze schłodzonym piwem. Biorę do koszyka tylko to, czego mi potrzeba i wodę. Duużo wody mineralnej. Żadnego śmieciowego jedzenia. Wraz z opróżnioną ostatnią paczką czipsów narodziłem się nowy ja!

Wtorek. Tym razem trening ustaliliśmy na 7:30 rano. Czuję w kościach wczorajsze zajęcia, ale robię dobrą minę do złej gry. Zmęczony jestem już po rozgrzewce, ale jakimś cudem udaje mi się przetrwać zajęcia crossfit. Paweł przymyka oko na fakt, że nie podciągam się na drążku tyle razy, co trzeba, a moje brzuszki w 30-sekundowych seriach nie są jeszcze perfekcyjnie wykonane.

- Jesteś na niższym poziomie niż angielscy gimnazjaliści - śmieje się patrząc, jak z trudem łapię powietrze pod koniec zajęć. On nawet się dobrze nie spocił. Tego dnia czeka go jeszcze pięć godzin treningów z różnymi grupami. Ja jadę dogorywać w pracy. "Ból przemija, chwała trwa wiecznie" - mamroczę sobie pod nosem. Ciekawe, czy to w ogóle prawda...

***

Mam na imię Rafał. Wraz z kolegami redaguję dla Was serwis Facet na INTERIA.PL. Dotychczas w ramach moich zawodowych obowiązków miałem okazję brać udział w różnych przedsięwzięciach, ale okazji trenować z prawdziwym mistrzem jeszcze nie miałem. Jeśli ciekawi was, jak przebiegać będą moje trzymiesięczne treningi pod okiem Pawła Zaremby w Akademii Sportu i Biznesu, zapraszam do lektury kolejnych relacji z cyklu "Metamorfoza: Krew, pot i łzy".

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje